OSTATNIE SZTUKI! Gorlickie w Wielkiej Wojnie 1914-1915. Wspomnienia, relacje, legendy.

poniedziałek, 14 marca 2016

Młodzi ogrodnicy w Gorlicach - artykuł prasowy z roku 1909.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Grono uczniów gimnazyum gorlickiego przy pracy ogrodniczej w doświadczalni
pomologicznej pod kierunkiem prof. Sikory
Młodzi ogrodnicy w Gorlicach.

Praca młodych sił nauczycielskich w szkołach średnich około moralnego i fizycznego wychowania młodzieży staje się z każdym rokiem wydatniejszą i praktyczniejszą. Dowodzą tego pozakładane w ostatnich czasach w gimnazyach czytelnie, orkiestry, warsztaty studenckie. Kasy oszczędności itp.
Gimnazyum w Gorlicach wprowadziło nadto z inicyatywy prof. Sikory ogromnie korzystną i pouczającą rozrywkę, a mianowicie ogrodnictwo. Celem tej nauki jest nie tylko odciągnięcie młodzieży od zabaw niemoralnych, lecz przedewszystkiem zużytkowanie jej zapału dla dobra kraju i dobra własnego. Ogrodnictwo jako praca na świeżem powietrzu, rozwinie ich siły fizyczne, nauczy praktycznego zużytkowania nauki botaniki, nauczy cenić pracę fizyczną i zachęci do niej.
                W ciągu b.r. odbyły się w gimnazyum w Gorlicach dwa kursy ogrodnictwa, teoretyczne i praktyczne, a to w zakresie hodowli drzew owocowych, ich uszlachetniania, prowadzenia wzorowych sadów, leczenia chorób drzew itd.
                Bardzo ważnym czynnikiem pomocniczym w tej nauce, jest stała doświadczalnia pomologiczna, założona przez prof. Sikorę dzięki materyalnemu poparciu p. Zdzisława Konopki, powiatowego inspektora leśnictwa; doświadczalnię założyła sekcja pomologiczna grona profesorskiego, z dyr. Drem W. Szczepańskim na czele, a kierownictwo powierzono prof. Sikorze.

               Doświadczalnia wspomniana obejmuje 700m2 powierzchni, zaopatrzona jest w 600 drzewek, uszlachetnionych przez uczniów, nadto mieści jarzyny, grzybnię i szkółkę leśną, w której aklimatyzuje się drzewa szpilkowe strefy umiarkowanej wszystkich części świata. W doświadczalni wykonywują uczniowie wszystkie prace, wchodzące w zakres ogrodnictwa, a rezultaty są już dziś bardzo piękne i rokują tej gałęzi nauki piękną przyszłość.


Profesorowie gimnazyum w Gorlicach, członkowie sekcyi pomologicznej wraz z gronem uczniów.

piątek, 11 marca 2016

Kret w roli... odkrywcy skarbu w Cieklinie - notka prasowa z roku 1985.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.







            (INF.WŁ.). Niezwykłe zdarzenie przytrafiło się Antoniemu G., mieszkańcowi wsi Cieklin w woj. krośnieńskim. Wracał furmanką do domu i w pewnym momencie spostrzegł - jak spod warstwy śniegu wyłania się sporych rozmiarów kretowisko. Zatrzymał wóz i chciał przyjrzeć się wychodzącemu na śnieg zwierzęciu. Obserwując ruszającą się ziemię spostrzegł, że na samym szczycie kopczyka leży kilka drobniutkich monet...
             Monety, wielkości naszych pięcio- i dwudziestogroszówek okazały się pochodzić z końca osiemnastego stulecia i bite były w Austrii. W przeszłości na miejscu, znaleziska stał dwór, który popadł w ruinę jeszcze przed wojną.
             Mieszkańcy Cieklina rozkopali dokładnie okolicę kretowiska w nadziei na znalezienie skarbu. Niestety, poza mieszkańcem podziemnych korytarzy nie znaleziono już nic więcej. (zyg)

poniedziałek, 7 marca 2016

Maciej Bajorek, Pierwsza wojna światowa oczami żołnierza polskiego w armii austro-węgierskiej. Część VII.

Na podstawie wojennej korespondencji Jana Bajorka z Rzepiennika Suchego.

              20 stycznia 1918 r. Jan wysłał list do mamy, Wiktorii, który należy uznać za jeden z najciekawszych elementów korespondencyjnych całej wojny wychodzących spod jego pióra. Nie brakowało w nim ciekawych metafor, porównań, barwnych opisów spotkanych osób czy po prostu własnych spostrzeżeń na temat otaczającej rzeczywistości. Naprawdę spore rozbawienie i uśmiech na twarzy wywołał we mnie fragment, że „chłopy warkocze pletą a baby w czopkach, a zamiast spódnic to się deka okrąca”. Najwyraźniej Jan zastał tam zupełnie inną kulturę, która wprowadziła go w prawdziwe osłupienie. Prosty, galicyjski chłop poznał ludzi żyjących w skrajnie różnych uwarunkowaniach, które były dla niego nie do pojęcia. Przypuszczam, że spojrzał na tamtejszych mieszkańców z niemałym zdziwieniem i zażenowaniem. Galicyjska wieś przełomu wieków była bardzo konserwatywna i raczej niechętna jakimkolwiek obcym wpływom kulturowym. Jan wcześniej nie miał styczności z tego typu ludźmi, których zachowanie, styl ubierania i życia były zupełnie odmienne. Z dużym rozbawieniem Jan opisał pewnego chłopa z tamtych terenów, który jak „uwidział” tramwaj, to się pytał co to za wóz co ma dyszel na dachu. Nie mamy prawa się dziwić konsternacji samego Jana, jak i zachowaniu tego człowieka, który z tramwajem miał kontakt pierwszy raz w życiu.  Dużym poruszeniem dla Jana był zupełnie inny model preferowanego przez tutejszych ludzi ubioru, gdzie kożuchy to tak „baby jak i chłopy wdziewają do góry kłakami i tak chodzą”. O wiele ważniejszym dla nas opisem jest ten, w którym Jan poświęcił sporo miejsca dla tutejszych domostw, gospodarstw wiejskich czy charakteru rzemiosła rolniczego spotkanych na tym terenie ludzi. Bez wątpienia z dużym smutkiem przyjął on fakt skromności napotkanych domów – „a zamiast bydła i świni to chowają psy”. Przecież jego rodzinny dom  również nie należał do najbogatszych, a wręcz panowała w nim często bieda. Jeśli już Jan był poruszony skromnością, a wręcz skrajnie ubogą sytuacją w zastanych domostwach, to faktycznie ich stan był na bardzo, bardzo niskim poziomie.

List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
20 stycznia 1918 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka. 

                 Osobiście naprawdę byłem pod dużym wrażeniem tych opisów. Urzekły mnie barwnością i zwykłym ludzkim współczuciem, dzięki któremu Jan potrafił w tak odpowiedni sposób oddać opis i charakter napotkanej rzeczywistości. Możemy wiele wywnioskować z tego listu, gdyż chyba po raz pierwszy Jan w tak niezwykle unikalny sposób opisał wszystko, z najmniejszymi szczegółami, którym nie było brak osobistych spostrzeżeń i uczuć. Jestem troszkę zmartwiony faktem, że Jan nie pokusił się o kolejne barwne opisy, gdyż czytało i interpretowało się je znakomicie, z dużą dozą humoru i uśmiechu na ustach.  W końcowej części listu Jan prosił o nadanie mu skromnego pakunku, który w bieżącej sytuacji był mu wręcz niezbędny. Ostatni rok wojny był tym najgorszym pod każdym względem w cesarsko-królewskiej armii, szczególnie aprowizacyjnym. Z tego powodu Jan prosił o przysłanie mu również dodatkowych pieniężnych kwot, które bez wątpienia uratowałyby mu życie. Niestety, aktualnie żołnierze cierpieli na spory niedostatek i szeroko pojętą biedę. Ten czas był wyjątkowo ciężki do przetrwania, gdy utrata życia nie musiała nastąpić jedynie w ogniu wrogiej armii. Sam Jan nie narzekał na problemy zdrowotne. Jednak po wnikliwszej interpretacji listu można dojść do niepokojących wniosków, że jego życie wisiało na przysłowiowym włosku. Nie wiadomo było, co go czeka w najbliższych miesiącach, dniach czy nawet godzinach.


List Jana Bajorka do brata Wojciecha.
31 stycznia 1918 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.

                 31 stycznia Jan odpisał na list swojego brata Wojciecha, który właśnie został mu doręczony. Był on niezwykle treściwy, gdzie Wojciech opisał dokładnie swoje powodzenie, jak i zdrowie, na które nie musiał na szczęście narzekać. Sam Jan również nie narzekał na kwestie zdrowotne, a powodzenie było po prostu wojenne. W aktualnym miejscu stacjonowania jego kompanii warunki pogodowe były dosyć dobre, temperatura jak na tę zimową porę roku była nawet wysoka. Nad samym wojennym czasem Jan teraz nie ubolewał, gdyż najprawdopodobniej nie znajdował się na pierwszej linii frontu, gdzie o kulę nieprzyjaciela nietrudno. Wojciech w swym liście opisał dokładnie ślub i skromne przyjęcie weselne krewnego, na którym szczęśliwie świętował. Jan był niezwykle uradowany, że pomimo trudów wojennych odbywały się przyjęcia weselne, gdzie najbliższa rodzina bawi się i pije za zdrowie szczęśliwej młodej pary, która wkraczała na nową, niełatwą drogę życia. Jan prosił brata, aby dowiedział się o przydział wojenny kolegi, nazwiskiem Ryndak. Być może ten wojenny towarzysz broni z rodzinnej miejscowości przebywał na urlopie, a on chciał się z nim w korespondencyjny sposób skontaktować. Pytał również o wojenny przydział i dokładny adres innego kolegi, Jaśka Bolcyka. Najciekawszym elementem tego listu był fragment, gdzie Jan w osobliwy sposób informował brata o śmierci towarzysza broni z dalszej miejscowości. Prosił go w nim, aby dziewczynie tego żołnierza przekazać, że niestety, pożegnał się z życiem- „teraz powiedz Piekarzonce niech już nie pisze do tego Fryndy z Łużnej, bo jest zabity”. Naprawdę w  dość specyficzny sposób Jan poinformował nieszczęśliwą dziewczynę o śmierci ukochanego mężczyzny, za którym tak tęskniła i wyczekiwała na jego szczęśliwy powrót. Dowiadujemy się także, że dwaj inni dalsi znajomi, Kozien i Dudka z Sitnicy zostali poważnie ranni i szybko zostali przetransportowani do polowego szpitala, gdzie lekarze czynili usilne starania, aby uratować im życie. Śmierć Fryndy z Łużnej i rany dwóch kolegów miały miejsce podczas bitwy 16 stycznia. Jan starał się optymistycznie zakończyć długi list nieśmiałą obietnicą, że upragniony czasowy urlop być może dostanie w kwietniu na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Bardzo na to czekał i modlił się codziennie o wojenne powodzenie i rychłe spotkanie z rodziną w domu.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
3 maja 1918 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
               3 maja, w rocznicę Konstytucji Polskiej, Jan zaadresował list do mamy, Wiktorii, w którym podał kilka dokładnych informacji o swojej aktualnej sytuacji i położeniu. Mianowicie jego kompania właśnie zmieniła swoje miejsce stacjonowania i front. Aktualnie została skierowana nad Pawię do dalekiej Italii. Niestety, Jan odczuwał pewne zdrowotne trudności. Prosto z wojennego pociągu udał się do frontowego szpitala, w celu zaleczenia wojennych obrażeń. Nie można określić przybliżonego czasu przebywania Jana na przymusowej hospitalizacji. Snuł przypuszczenia, że najprawdopodobniej rany te nie były aż tak tragiczne w skutkach, aby leczenie trwało dłużej niż okres jednego tygodnia. Ze względów ingerencji cenzuralnej nie mógł podać szczegółowych danych na temat swojego stanu zdrowia. Również celowo starał się przemilczeć wojenne kwestie jego jednostki wojskowej. Wspomina jedynie o głośnym i częstym huku dział artyleryjskich. Na tej podstawie można dojść do wniosku, że walki na froncie włoskim w tamtym czasie były wyjątkowo zacięte.

             Kolejny list notujemy do matki już zaledwie tydzień później, 8 maja 1918 roku. Jan informował w nim, że nadal musi przebywać w szpitalu. O swoim powodzeniu niewiele wspomina, ale nie było najgorzej i raczej nie miał prawa narzekać na względne warunki hospitalizacji. Za ten tygodniowy pobyt w szpitalu otrzymał pewien rodzaj zadośćuczynienia w formie żołdu w wysokości 50 koron. Aktualne warunki aprowizacyjne w jego kompanii były złe, a nawet bardzo złe. Niewiele można było już kupić, nawet niezbędnych rzeczy.  Szczególnie wino już nie było dostępne. Cena tabaki do fajki z bukowym liściem sięgała już niemałej kwoty, 5 koron. Bez wątpienia ten list był utrzymany raczej w smutnym tonie, a warunki na froncie włoskim były naprawdę nieciekawe. 

List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
8 maja 1918 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.


Fragmenty pracy licencjackiej napisanej pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Nawrota, obronionej w Instytucie Historii Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w roku 2013.




piątek, 4 marca 2016

Przypadkowy wybuch w Jaśle - rok 1915.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.




Przypadkowy wybuch w Jaśle.
Z Jasła piszą nam: Wielce przykry wypadek zdarzył się w naszem mieście: Oto dnia 18 bm. [sierpień] podczas nabożeństwa z okazyi rocznicy urodzin Najjaśniejszego Pana, rozerwał się przy strzelaniu jeden z moździerzy, a odłamek tegoż ugodził stojącego w odległości 50 metrów koło kościoła Andrzeja Warchoła lat 18 liczącego wyrobnika. Mimo troskliwych zabiegów lekarza W. Pana dra Kadya,ugodzony skończył życie po 18 minutach męczarni.
Szczęściu zawdzięczać należy, iż skończyło się na jednej śmierci, odłamek ten bowiem przeleciał między głowami P. Aleksandra Onyszkiewicza, dyna c.k. radca górniczego, P. Adama Łuszczyńskiego, funkcyonaryusza magistratu, którzy z powodu przepełnienia w kościele stali na cmentarzu kościelnym, rozmawiając z kapralem policyi Andrzejem Szpakiem. Ranionym jest policyant Szymon Heinrych biorący czynny udział w strzelaniu. Aleks z Jasła.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Rafinerya nafty w Gliniku maryampolskim - notatka prasowa z roku 1916.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Rafinerya nafty.









               Rafinerya nafty galic. Karp. Towarzystwa naftowego w Gliniku maryampolskim – tuż pod Gorlicami – prosperuje obecnie zupełnie normalnie. Zniszczone granatami i rabunkiem oddzielne części fabryczne ( gisernia, parafialnia, odlewania, ślusarnia, bednarnia i t. d. ) przyprowadzono już do dawnego stanu, których szkody wynosiły miliony. Po częściowym naprawieniu szkód, fabrykę obecnie rozszerzono. Przybyły dwa nowe kominy fabryczne, hale, kolejki poruszane elektrycznością do przewożenia żelaza. Wszystko poruszane elektrycznością jest w ruchu dzień i noc.



piątek, 26 lutego 2016

Wysowa - artykuł prasowy z roku 1932.

  Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Wysowa. - Kolumnada przy zdrojach.
Wysowa. 

Stare, pogańskie jeszcze wierzenie ludowe głosi, że u kolebki noworodka jakieś niewidzialne wróżki odprawiają swoje czary i dają przez nie dobre lub złe losy. Przy narodzinach wysowskiego zdrojowiska nie było dobrych wróżek. Cała 50–letnia historja zakładu składa się na obraz samych prawie niepowodzeń. Mimo bardzo dobrych warunków klimatycznych, bezsprzecznie wartościowych i skutecznych wód leczniczych i mimo uznania tych walorów przez sfery lekarskie, nie mogła Wysowa wyjść z kręgu zdrojowisk o znaczeniu prawie że czysto lokalnem. Za właścicieli miała ludzi, rozporządzających bardzo niedostatecznymi zasobami finansowymi, a znaczna odległość od linji kolejowych nie zachęcała nikogo do tworzenia w zdrojowisku odrębnych przedsiębiorstw przemysłowych. Ale jednak były tam przed wojną i łazienki kąpielowe i skromne domy mieszkalne z pokojami na wynajem dla gości zdrojowych. Przyszła wojna i zniszczyła to wszystko. Znalazło się wprawdzie grono, złożone przeważnie z lekarzy, które, nabywszy źródła z przyległymi do nich gruntami, zajęło się odnowieniem zakładu, ale i ono nie rozporządzało dość wielkim kapitałem. Roboty ograniczyły się na gruntownej rekonstrukcji ujęcia źródeł i na zbudowaniu domu administracyjnego. Nie stało już zasobów na wzniesienie łazienek i na budowę bodaj paru domów mieszkalnych. I Wysowa czeka znowu, jak ongiś, na lepsze czasy, aby się rozbudować i stać się uczęszczanem zdrojowiskiem. Czekanie na to nie powinno wszakże przeszkadzać innej rzeczy – eksploatacji źródeł i eksportowi leczniczych wód kruszcowych. Jedną z nich, wodę ze zdroju „Słony”, wprowadzono już przed paru laty na rynek handlowy. Ale mimo bardzo korzystnych sprawozdań lekarskich o jej skuteczności w nieżytach dróg oddechowych i w schorzeniach przewodu pokarmowego nie rozpowszechniła się dotychczas tej mierze, w jakiej się to stać było powinno. Przyczyna leży niewątpliwie w braku należytej propagandy, a zapewne także w braku dobrej organizacji sprzedaży. Jest wyśmienity materjał – niema ludzi, któryby niego uczynili handlowy towar i źródło bardzo poważnego dochodu. Tyle do wiadomości fachowych sfer przemysłowo–handlowych. 


Wysowa. - Motyw z parku.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Co jeść w razie głodu - artykuł prasowy z roku 1917.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Co jeść w razie głodu.

Władze, zajmujące się sprawami żywnościowemi w państwie, poleciły niedawno do jedzenia młodą koniczynę jako rzekomo bardzo dobrą jarzynę. Oprócz liści młodej koniczyny nadaje się do jedzenia, jak to stwierdza p. Juliuszowa Albinowska, znakomita znawczyni tych spraw – cały szereg dziko rosnących wiosennych zwłaszcza roślin, uważanych u nas powszechnie za chwasty. Rośliny te nie zastąpią wprawdzie w zupełności naszych ogrodowych warzyw, ale przy braku lub niedostatku takowych, dadzą się doskonale użyć jako warzywa, tem bardziej, że w innych krajach, szczególnie we Francyi, od bardzo dawna są jako takie używane i bardzo cenione. Przytaczamy poniżej dotyczący artykół p. Albinowskiej z „Kuryera Lwowskiego”:
             „Pominąwszy wiele innych, które łatwo z powodu podobieństwa mogą być z niejadalnemi, albo nawet szkodliwemi pomieniane, przytoczę tu pewne i łatwe do rozpoznania rośliny. Jednak podnoszę przytem, że należy się ograniczyć tylko do młodych, świeżych roślin, bo starsze tracą na smaku.
             Do roślin tych, jadalnych teraz, należą:

1)      Mączyniec (komosa strzałkowata) w różnych okolicach rozmaicie też nazywana i u nas rozpowszechniona. Rośnie na rumowiskach, przy polnych drogach, blisko domów, stajen i t. p., do użycia od wiosny do lata.

2)      Pokrzywa zwyczajna, powszechnie znana. Listki młodziutkiej rośliny przyprawia się jak szpinak. We Francyi i Szwajcaryi jarzyna ta bardzo jest w użyciu. W gotowaniu parzące własności liści zanikają. Łodygę jako cenny materyał włóknisty, należy oszczędzać obrywając tylko młode liście.

3)      Mlecz, u nas roślina nadzwyczaj rozpowszechniona, obecnie o pełnym a znanym żółtym kwiecie. Kwitnie od kwietnia do czerwca. Do użycia i przyprawy jako sałata albo jarzyna. Młode, świeżo zebrane i opłukane listki rzuca się na posoloną wrzącą wodę, gotuje w niej przez pół godziny i odcedza. Gdy ostygnie sieka się i przyprawia jak szpinak. Co do mlecza rozpowszechnione są właśnie u nas dziwne a błędne przesądy.

4)      Szczaw pospolity, u nas od najdawniejszych czasów w użyciu bardzo rozpowszechniony i w wielkiej obfitości. Da się użyć też jako szpinak lub sałata, jednak nie nadmiernie, bo w nadmiarze sprowadza biegunkę. Dobrze go też zmieszać ze szpinakiem, którego smak bardzo poprawia. Praktycznem jest także teraz na wiosnę nasuszyć większą ilość młodych listków. Przedtem należy listki starannie wypłukać. Na czystej płachcie rozpostarty szczaw suszy się w cieniu. Po wyschnięciu przeciera się go przez sito, a przechowuje w słoju w suchem miejscu aż do nowego zbioru. Używa się go jak świeżego.
Szczaw sterylizowany ( wyjałowiony). Szczaw obrany i dobrze wypłukany należy posiekać i zagotować, w osolonej wodzie, ciągle mieszając. Potem odcedzić, a gdy ostygnie, układać w małe słoiczki, zawiązać papierem pergaminowym, wstawić do garnka z zimną wodą i gotować 15–20 minut, licząc od zagotowania wody. Używa się go jak świeżego.

5)      Koniczyna polna i liście z rzodkiewki przyprawia się jak zwykły szpinak.

       Doskonałą jarzynę da się też uzyskać, mieszając liście młodej lebiody, pokrzywy i z młodej kapusty, a przyprawiając jak zwykle szpinak.  

Zostań Patronem Z Pogranicza