OSTATNIE SZTUKI! Gorlickie w Wielkiej Wojnie 1914-1915. Wspomnienia, relacje, legendy.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zanikające zawody regionalne Beskidu Niskiego i Pogórza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zanikające zawody regionalne Beskidu Niskiego i Pogórza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

W. Walczak, Garncarze i garncarstwo w Kołaczycach - artykuł prasowy z roku 1939.



Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.




Wojciech Walczak (Kraków).
Garncarze i garncarstwo w Kołaczycach.


JEDNOLITY CHARAKTER ZDOBNICZY.

Na szerokim obszarze Podkarpacia, od Sanoka po Tarnów wyroby ceramiki ludowej, jak garnki, dzbany, misy, dwojaki i trojaki gliniane, posiadają jednolity, prawie identyczny kształt i charakter zdobniczy. Czemu należy przypisać ten fakt, iż mimo różnic etnicznych między poszczególnemi grupami ludności od ziemi sanockiej po tarnowską, typ ceramiki utrzymuje się na całej przestrzeni prawie niezmiennie?
Odpowiedź na to pytanie dać może obserwacja stoisk targowych w któreś z licznych miasteczek czy miast na tym obszarze, jak Rymanów, Sanok, Krosno, Jasło czy Pilzno. Oto wśród innych jarmarcznych stoisk, czerwieniejących z daleka szklistą polewą ustawionych w piramidy garnków, mis, dzbanków, wazonów i innych naczyń z wypalanej gliny, noszących zawsze podobny wzór zdobniczy. To stoiska kołaczyckich garncarzy, te same na targu w Sanoku czy Jaśle lub w Tarnowie, bez względu na miejscowość cieszące się powodzenie wśród ludności wiejskiej, dającej wyrobom tym pierwszeństwo przed naczyniami kuchennemi fabrycznego pochodzenia.

























ROŚLINNY ELEMENT ZDOBNICZY.

Wzór, charakteryzujący ceramikę pochodzenia kołaczyckiego w typowej swej forie, składa się z elementów zdobniczych roślinnych, rzadziej geometrycznych lub kreskowych. Najpopularniejszą ozdobą jest stylizowana gałązka, obiegająca garnek czy dzban falistą linją dookoła, z naprzemianległemi kwiatami. Cały ten motyw zdobniczy ciekawi prostotą pomysłu i dobrem rozplanowaniem poszczególnych listków i kwiatów, przedstawionych zapomocą dwu koncentrycznych kół, otoczonych maleńkiemi kółeczkai, mającemi naśladować płatki. Innym równie powszechnym motywem jest poziomo obiegająca całe naczynie w połowie jego wysokości gałązka,  z rozchodzącemi się symetrycznie na boki cienkiemi, długiemi listeczkami, oraz naprzemianległemi pięciopłatkowemi kwiatami.  Te dwa motywy są podstawowemi elementami zdobniczemi garnków, dzbanów i mis pochodzenia kołaczyckiego. Przy tych ostatnich, t.j. przy misach elementami zdobniczemi ozdobiona jest część wewnętrzna naczynia i tak, dno zdobi fragment gałązki kwietnej, stosowanej przy garnkach, brzegi zaś ozdabia najczęściej zygzakowaty szlaczek. Te zdobnicze motywy wykonywane są farbami glinkowemi i utrzymane w dwóch lub trzech kolorach, a to żółtym, brązowym i zielonym.
Zapoznajmy się jednak z samym ośrodkiem, z którego pochodzą te piękne dzbany i misy.

KOŁACZYCE

To mała mieścina, leżąca na wysokiej dyluwialnej terasie prawego brzegu Wisłoki, w odległości 9 km. od stolicy powiatu Jasła, przy szosie Tarnów – Jasło – Lwów. Wielki czworoboczny rynek otoczony kilku kamieniczkami i parterowemi domkami mieszczańskim, z pośród których zwraca uwagę zwłaszcza dawny magistrat, obecnie siedziba wójt, swą zabytkową fasadą; wąskie uliczki boczne i panująca nad wszystkiem czerwona wieża gotyckiego kościoła, 0 to byłby mniej więcej obraz Kołaczyc.



























TRADYCJE GARNCARSTWA.

Miasteczko to posiada silnie rozwinięty domowy przemysł szewski,  stanowiący wraz z garncarstwem główną gałąź utrzymania mieszkańców. Silnie zakorzenione są wśród Kołaczycan tradycje staromieszczańskie, przedrozbiorowych sięgające czasów. Doniedawna, a i dziś jeszcze podczas większych uroczystości spotkać można wąsatych mieszczan, ubranych w czarne czamary, czasem i litym przepasane pasem.
Na takiem to podłożu rozwinął się przemysł garncarski, uprawiany od dawna, prawie od niepamiętnych czasów, przekazywany z ojca na syna w całe pokolenia garncarzy, zrzeszonych w cech pod wezwaniem św. Rocha. Organizacja cechowa garncarzy kołaczyckich obejmuje raczej ich życie zewnętrzne, wyzwoliny czeladników i majstrów, samym zaś warsztatem, wyrobem i sprzedażą, zajmuje się każdy majster indywidualnie. Warsztaty garncarskie są rozrzucone na peryferjach miasteczka, głównie w części północnej i w przysiółku Nawsie Kołaczyckie. Każdy jest prowadzony indywidualnie, stanowić jakby niezależną całość. W warsztacie pracuje zwykle cztery do pięciu osób, majster, czeladnik i chłopcy praktykujący. Ośrodkiem pracy jest jedna z izb domu, przystosowana do modelowania naczyń i stojący zwykle na uboczu piec do wypalania naczyń, oraz szopa dla ich suszenia u przechowywania.

PRZYGOTOWANIE GLINKI.

Wejdźmy do izby warsztatowej.  Gdy tylko oczy przywykną do panującego tu zmroku, zauważa się przedewszystkiem ciągnącą się wzdłuż głównej ściany ławę i stół zarazem i stojące przy niej koła garncarskie. W kącie dół w podłodze na glinę,  a nad piecem półki,  na których suszą się naczynia po wytoczeniu.
Glina, a raczej glinka garncarska przechowywana w dołku pod podłogą pochodzi z Kłodawy,  wsi leżącej kilka kilometrów wdół rzeki, samym bowiem Kołaczycom brak dobrego materjału garncarskiego. Glinkę tę przed użyciem polewa się wodą i ubija pałką, t.zw. „frygą”,  a następnie kryje się ją drutem i miele w walcach specjalnie skonstruowanej maszyny, poczem urabia się ją rękoma na stole warsztatu podobnie jak ciasto; jest to „klesowanie”, mające na celu nadanie glinie „masności”,  jak tłumaczy majster, innemi słowy idzie o uczynienie materjału jak najbardziej zwięzłym i pozbawionym por, no i nadanie mu maksimum ciągłości, elastyczności i podatności. Materjał jest przygotowany. Teraz zkolei zaczyna się


                                                           PRACA NA KOLE GARNCARSKIEM,

Składającem się z dwu kół dębowych, górnego „główki” i dolnego, większego, zwanego „spodzie”, połączonych wspólną osią żelazną, ustawioną pionowo i zmontowaną w ten sposób, że oba koła i oś poruszają się równocześnie, co umożliwia siedzącemu przy kole garncarzowi wprawianie go w ruch przez poruszanie „spodnia” nogami i równoczesne formowanie naczynia na obracającej się „główce” kręgu.
Wstępem do pracy na kole jest „stawianie gruzełków”  na główce kręgu. Gruzełki te w czasie toczenia rozdziera się, formuje w „kliszcze” (specjalne złożenie palców), poczem ciągnie się „supiec”  i wskazującym palcem lewej ręki nadaje się „kraj”,  a wreszcie nadaje się naczyniu żądany kształt, pomagając sobie przy wykończeniu :nożykiem”, prostokątną deseczką z gruszkowego, śliwkowego lub jabłoniowego drzewa, zaostrzoną na krajach.


SUSZENIE, ZDOBIENIE I WYPALANIE NACZYŃ.

Tak uformowane naczynie (wszystko trwa zaledwie kilka minut) odcina się od główki kręgu drutem i „tęży” na polu, poczem przyprawia ucho. Następuje teraz suszenie surowych naczyń na wolnem powietrzu, w miejscu przewiewnem i zacienionem. Po wysuszeniu następuje ozdobienie naczyń wzorem malowanym białą glinką lub farbami glinkowemi, nabywanemi w mieście u kaflarzy. Teraz następuje t.zw. „szklenie” czyli oblewanie naczyń polewą, glejtą ołowianą (tlenek ołowiu PbO, zmieszany z iłem garncarskim), z której przy wysokiej temperaturze w czasie wypalania powstaje rodzaj szkła ołowiowego, powlekającego naczynie i zalewającego pory. Naczynia po polaniu otrzymują kolor kanarkowo żółty, a wzór zdobniczy znika zupełnie, aby pojawić się po wypaleniu.
Następuje teraz druga ważna czynność, a to wypalanie naczyń w piecu garncarskim,  urządzonym w ten sposób, że od znajdujących się w jego dolnej częśći palenisk biegną przewody ogniowe ku górze do komory z naczyniami. Po wypełnieniu pieca naczyniami, zamurowuje się komorę i rozpala ogień, paląc drzewem sosnowem najpierw powoli – jest to t.zw. „wygrzewanie”, ­ ­– później stopniowo podsyca się ogień do temp. 500st. C, którą utrzymuje się aż do całkowitego wypalenia.

NACZYNIA IDĄ W ŚWIAT.

Tak pokrótce przedstawia się praca garncarza kołaczyckiego. Ale nie koniec na tem; trzeba rezultat pracy spieniężyć. Część naczyń  kupują na miejscu kupcy, rozwożąc je do Rymanowa, Sanoka, Krosna, Jasła, Tarnowa, Dębicy a nawet Krakowa, resztę zaś rodziny garncarzy wywożą na targi do Jasła, Krosna, Frysztaka, Dębicy, Żmigroda, Brzostku i Pilzna, skąd rozchodzi się kołaczycka ceramika po wsiach tych okolic, wytwarzając obszar rozprzestrzeniania się jednolitego typu ceramiki ludowej.     

niedziela, 11 marca 2018

T. Wojnar, Z Bobowej w świat - artykuł prasowy z roku 1973.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Z Bobowej w świat

               Położona malowniczo nad rzeką Białą Bobowa jest jedną z najstarszych osad na tym terenie. Często zmieniający się właściciele (Bobowa była przez długie  wieki prywatnym miasteczkiem) podziały, spory majątkowe, zastawy itp.  Nie wpływały korzystnie na rozwój tej miejscowości.
               Podstawą utrzymania bobowian przez długie stulecia było rolnictwo. Karłowate gospodarstwa i nie najlepsza gleba nie mogły jednak wyżywić wszystkich mieszkańców osady. To przyczyniło się niewątpliwie do rozwinięcia się w drugiej połowie XIX wieku bardzo pracochłonnej ręcznej produkcji koronek klockowych. Z czasem wyrobem ich zaczęły się trudnić Rawie wszystkie bobowianki. Zbyt na koronki znajdowano w okolicznych miasteczkach, niekiedy wędrowano z nimi aż do Nowego Sącza. Pod sam koniec XIX wieku, w 1899 roku, miasteczko zdobyło się na zorganizowanie Krajowej Szkoły Koronkarskiej. Mogły więc w szkole koronkarskiej młode bobowianki doskonalić przekazywane już w tym czasie z matki na córkę metody wyrobu koronek.
                Przed I wojną światową ludowy przemysł artystyczny w Bobowej był pełen rozkwitu, a wyroby koronkarskie cieszyły się olbrzymim popytem nie tylko na rynkach krajowych, ale i zagranicznych dzięki swej doskonałej jakości i dużemu artyzmowi. W r. 1905 bobowskie koronki zdobyły złoty medal na Międzynarodowej Wystawie w San Francisco…


               Tuż po ostatniej wojnie w miasteczku zjawili się przedstawiciele nowo powstałej centrali przemysłu ludowego i artystycznego, którzy zajęli się skupem koronek. Szersza niż do tej pory możliwość sprzedaży wyrobów bobowskich rękodzielników przyczyniła się do założenia w 1950 roku Spółdzielni Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Koronka”, która skupiła wszystkie koronkarki z powiatów: gorlickiego, tarnowskiego i nowosądeckiego.
               Z czasem okazało się jednak, że z samej tylko produkcji koronek spółdzielnia by się nie utrzymała. Wprowadzono więc dziewiarstwo ręczne (wykonywano na drutach swetry), a następnie po specjalnym kursie – tkanie kilimów i narzut dekoracyjnych.
               Spółdzielnia szybko „stanęła na nogi”. Wnet wybudowano własny budynek. Potem drugi, a przed dwoma laty trzeci, który połączy dwa poprzednie. W ten sposób powstał spory zakład produkcyjny, zatrudniający dziś 160 osób oraz 460 chałupników. W lipcu br. Odebrano nową inwestycję – farbiarnię z oczyszczalnią, a pod koniec tego roku ma nastąpić przekazanie do użytku dużej tkalni kilimów. Zmienia się więc powoli profil produkcji. I chyba niedługo koronka pozostanie tylko w nazwie spółdzielni, ustępując miejsca kilimom. Zresztą bobowskie kilimy cieszą się olbrzymim powodzeniem. W tym roku zagraniczni odbiorcy otrzymają ok. 8 tys. metrów kwadr. tych tkanin. Różnobarwne dzieła rąk bobowianek powędrują do Danii, Szwecji, Szwajcarii, NRF, USA, Kanady, Francji, Austrii i Norwegii.
              Spółdzielnia nie jest jednak w stanie zrealizować wszystkich zamówień. Stara więc zasada: kto pierwszy ten lepszy spowodowała, że np. Dania (najpoważniejszy odbiorca bobowskich kilimów) już w r. 1972 dokonała zamówień na rok 1974.
               Tkanie kilimów jest niezwykle pracochłonne i żmudne. Ponadto jest to przecież praca artystyczna. A artyści wiadomo… nie rodzą się na kamieniu.

Tadeusz Wojnar

niedziela, 22 października 2017

Wikingowie z Karpat - artykuł prasowy z roku 1932.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Wikingowie z Karpat.


W powiecie gorlickim ( woj. Krakowskie) na drodze z Grybowa do Wysowej na terenach naftowych leży wioska Łosie. Słynie ona z pięknych kobiet. Łosianki są rosłe i doskonale zbudowane.
Tradycja mówi, że XVII w. zostali w Łosiach osadzeni jeńcy szwedzcy, którzy pomieszawszy się z Polakami i Łemkami, stworzyli nowy typ. Może to i prawda, bo Łosianie odznaczają się imponującym wzrostem i rzeczywiście przypominają Skandynawów nie tylko swoim wyglądem, ale także przedsiębiorczością.
W styczniu, względnie w lutym prawie wszyscy bowiem mężczyźni  opuszczają wieś i udają się na szereg długich miesięcy na wędrówkę po Polsce, rozwożąc maź i smary do wozów. Docierają oni z tym towarrem daleko poza Warszawę, nawet na Kresy wschodnie, przenosząc się z miejsca na miejsce, podobnie,  jak to czynili przed wojną chłopi istryjscy, którzy z Dalmacji wozami przyjeżdżali  aż na Podhale, sprzedając po drodze ocet i wino. Zwracano na nich powszechną uwagę, bo nosili niebieskie ciemne koszule i drewniane saboty. Chłopi nazywali ich „ bondziornami”, zapewne dlatego, że witali ich sakramentalnem: „Buon Giorno” (dzień dobry).
            Główny szlak handlowy Łosian prowadzi przez Krosno, Dębicę, Mielec, Sandomierz itd.  Za czasów rosyjskich przekraczali oni bez trudu granicę i dopiero późną jesienią wracali do domów.
Teraz  jest  ich główny sezon. Snują się po drogach z ciężko naładowanemi wozami, od których dolatuje charakterystyczny zapach ropy i nafty. Interesy robią dobre, na kryzys nie narzekają.- Prawdziwi Wikingowie z Karpat.

Kum.


niedziela, 15 stycznia 2017

Eugeniusz Szymczak, kowal ze Święcan - wywiad prasowy z roku 1973.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło i autorów.



– Wierzy pan, że znaleziona na drodze podkowa przynosi szczęście?

– Oczywiście. Nie jestem w tym osamotniony. Widziałem wiele domów, których progi opatrzone są przybitą podkową. Rolnicy  wieszają je również na wozach, drzwiach stajni. Nigdy nie zostawiają na drodze. Dla nowożeńców buduje się bramy powitalne o kształcie podkowy.

– Słowo kowal, kojarzy się od dawien dawna, z kuciem koni, czy faktycznie ta właśnie czynność przeważa?

– Kucie koni należy do codziennych zajęć. Każdy koń powinien być przynajmniej raz na 6 tygodni przekuty, trzeba oczyścić, wyrównać kopyto. W przeciwnym razie grozi mu kalectwo, zaczyna kuleć. Mimo że każdego dnia przekuwam 4–5 koni, to znacznie więcej pracy miałem i mam z naprawą sprzętu rolniczego, z wyklepywaniem lemieszy do pługów, żelaznych części do wozów chłopskich, obręczy do kół. Roboty mam pełne ręce.

– Czym więc należy tłumaczyć fakt, że kowali na wsi stale ubywa.

– Tak jest rzeczywiście. Wbrew zapotrzebowaniu na usługi kowalskie – kowali ubywa. Jest nas w Święcanach czterech kowali, a bodaj u żadnego nikt nie „terminuje”. U mnie przynajmniej synowie stale się kręcą po kuźni.

– Czy do wykonywania kowalstwa wystarczy ojcowska rada i nauka?

– Nie, chociaż terminowanie u ojca ma swoje dobre strony. Kto inny, jak nie ojciec odkryje wszystkie tajniki zawodowe? Trzeba jednak złożyć egzamin czeladniczy, a potem mistrzowski na kursie organizowanym przez Zakład Doskonalenia Zawodowego. Mam to za sobą.

Wspomniał pan o tajnikach zawodowych. Są bardzo starannie strzeżone?

– Raczej nie. Kowale chętnie dzielą się swym doświadczeniem. Nie mamy nawet stałych klientów. Rolnik zawsze się śpieszy. Bywa więc, że kolega ma mniej roboty. Bywa i odwrotnie. Teraz praca w kuźni jest lżejsza. Mam kilka urządzeń napędzanych energią elektryczną. Nie ma kłopotów z węglem. Łatwiej o surowiec żelazny. Każdy kowal wie jednak, że dobrze jest rozgrzewane na ogniu żelazo posypać suchym piaskiem, że lepszą wytrzymałość uzyskuje się przez hartowanie w mieszance błotnej, że zanurzenie musi być bardzo równe, dobrze wymierzone, a przy obróbce żelaza nie może być przerwy, trzeba kuć aż do skutku.

W ten sposób dotykamy sprawy dość interesującej. Kowalstwo, jak mało który inny zawód dało początek wielu przysłowiom ludowym. Czy zna pan choć jedno z nich?

– Jakże by nie! Najpopularniejsze jest chyba: „Kuj żelazo póki gorące”. Wzięte z naszej pracy, a przecież używane do określenia postępowania ludzi. Dalej: „Kowal kuje, żaba nogę podstawia”. Nieraz się zastanawiałem, skąd się wzięło, co oznacza? Po mojemu nic innego, jak brak właściwej oceny własnej sytuacji i miejsca w świecie. Nie wystarczy mieć cztery nogi, żeby stanąć na miejscu konia, nawet przed kuźnią. Jest jeszcze inne, pewnie związane z jakimś wydarzeniem: „Cygan zawinił – kowala powiesili”. Nadal aktualne. Czy dziś nie zdarzają się takie sytuacje?

– Które z „kowalskich” porzekadeł ludowych uważa pan za najaktualniejsze?

- Nie wymieniłem go jeszcze. Często przychodzi mi na myśl, gdy zapędzam swoje dzieci do nauki, pracy koło domu, w polu; a mianowicie: „Każdy jest kowalem swojego losu”…

Rozmawiała: E. Ciastoniowa

Fot. M. Kopeć.

poniedziałek, 16 maja 2016

J.K. Trzeciak, Kurs koronkarski w Świerchowej, powiat Jasło - artykuł prasowy z roku 1919.

Kurs koronkarski w Świerchowej, powiat Jasło.














          Świerchowa, to wioska mała, licząca 100 domów w powiecie jasielskim. Mieszka tu lud spokojny, cichy, pracowity i wesoły. Bo i czegóż się smucić, kiedy świat taki piękny i miły. W prawdzie w Polsce jest dzisiaj dużo łez i nędzy, ale da Bóg, że to szczęśliwie przetrzymamy i wkrótce nastaną dni jaśniejsze. Bieda jest, bo jest,  ale to grunt, że Polskę mamy! A więc głowa do góry i śmiało naprzód!!
          Pomimo ciężkich czasów Świerchowianie w pracy nie ustają, ale ciągle pracują nad tem, jakby to sobie i dzieciom lepszą przyszłość zgotować. Było tu już wiele odczytów, zgromadzeń, wykładów i kursów a ostatnio odbył się w naszej wsi pięciomiesięczny kurs koronkarski.
          Jeszcze w sierpniu zeszłego roku przyszły do mnie dziewczęta i powiadają: Tyle pan już nowych rzeczy do naszej wsi wprowadził, możeby i o nas pan co pomyślał.
         – A czegóż wy chcecie dziewuszki?
         – Chcemy się uczyć koronkarstwa.
         – Dobrze, będziemy coś radzić.
          Napisałem zaraz do krajowej szkoły koronkarskiej do Zakopanego, czyby się nie dało urządzić w Wierchowej kursu koronkarskiego. Kierowniczka krajowej szkoły koronkarskiej w Zakopanem, p. Marya Dudrewiczowa, wielka pracowniczka na polu społecznem i zasłużona pionierka kobiecego przemysłu domowego, chętnie się na to zgodziła i przyrzekła przysłać fachową nauczycielkę, gdy tylko do kursu wszystko przygotujemy.
           Na umieszczenie kursu wynajęliśmy osobny dom i zapewnili opał, a dla nauczycielki wynajęliśmy odpowiednie mieszkanie.
           Dnia 3 stycznia b.r. rozpoczął się w Świerchowej pięciomiesięczny kurs koronkarski. Naukę i kierownictwo kursu objęła p. Marya Rapaczówna nauczycielka z krajowej szkoły koronkarskiej w Zakopanem.
           Na kurs zapisało się 45 uczennic w wieku od 14 do 25 lat. Nauka odbywała się codziennie od godziny 9 do 12 przedpołudniem i od 2 do 5 po południu z wyjątkiem dni świątecznych.
Pięć miesięcy nauki upłynęło pracowicie i pożytecznie i oto we wtorek dnia 27 maja b. r. mieliśmy uroczyste zakończenie tego kursu. Na tę uroczystość przyjechała z Zakopanego p. Marya Dudrewiczowa. O godzinie 10 rano zebrały się w lokalu kursu pięknie ubrane kursistki ze swoją nauczycielką p. Rapaczówną, gospodynie, należące do komitetu kursowego z p. Trzeciakiem na czele, p. Dudrewiczowa i p. Helena Gałkiewiczówna nauczycielka tutejszej szkoły ludowej.
            Po modlitwie i odśpiewaniu pieśni przemówiła do zebranych p. Dudrewiczowa. Mowa jej była piękna i rozumna. „ Miłuj pracę, gdyż praca daje szczęście, bogactwo i zadowolenie wewnętrzne. Miłuj czystość gdyż tylko robota czysta i piękna znajdzie uznanie u innych.” W końcu podziękowała p. Rapaczównie za gorliwą pracę i piękny rezultat, kursistkom za pilnie korzystanie z nauki, a komitetowi za starania i opiekę nad kursem.
            Następnie p. Trzeciak podziękował p. Dudrewiczowej za urządzenie kursu w Świerchowej, p. Rapaczównie za zbożną pracę, a uczennice prosił,m aby w dalszej pracy nie ustawały i aby dalej w tym kierunku się kształciły. Podkreślając słowa p. Dudrewiczowej, wzywał do umiłowania pracy i czystości: „Czystość w domu i koło domu, czystość w komorze i w stajni, czystość na podwórzu, w ogrodzie, na drodze i w polu, czystość w pościeli, czystość w ubraniu, czystość ciała, czystość myśli, czystość duszy, a to wielka cnota każdego człowieka pojedynczego i narodów.” W końcu uczennica Kasia Kurczówna podziękowała p. Dudrewiczowej za urządzenie kursu. Po rozdaniu świadectw i odśpiewaniu kilku piosenek odbyła się wspólna fotografia całego kursu. Dzień ten był świętem ludowem w naszej wiosce. Oby takie chwile częściej w naszem życiu przychodziły!
            Z postępem bardzo dobrym ukończyło ten kurs 19 uczennic, z postępem dobrym 5 uczennic, zaś 21 nie otrzymało świadectw z powodu słabego uczęszczania na naukę. –
            Uczennice, które kurs ukończyły, organizują teraz pracownię koronkarską w Świerchowej i w tej pracy szczęść Wam Boże, zacne dziewczęta!

Jan Kryspin Trzeciak

Nauczyciel.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Bibułkarstwo - wersja rozszerzona

              Tradycja tworzenia ozdób z bibuły wiąże się ze zwyczajem zdobienia izb mieszkalnych, głównie z okazji dorocznych świąt kościelnych. Bibuła znalazła zastosowanie przy wyrobie ozdób w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Wcześniej izby chłopskie na czas świąt dekorowano głównie gałęziami czy tzw. podłaźniczkami - wierzchołkami jodły lub świerka, zawieszanymi pod sufitem izby. Wykonywano także tzw. pająki – ozdoby ze słomy. Wykorzystanie bibuły dało większe możliwości dekoracyjne.
             W ich wyrobie specjalizowały się dziewczęta. Kobiety, które zajmowały się wyrobem kwiatów z bibuły nazywano kwiaciarkami. Bibułkarstwem gospodynie zajmowały się głównie w długie, zimowe wieczory, ubarwiając pozbawioną kolorów porę roku. W uboższych rodzinach podejmowano w okresie przedświątecznym masowy wyrób kwiatów, przeznaczonych do sprzedaży na targu. Raczej rzadko wyrób kwiatów uprawiali mężczyźni, jednak niektórzy osiągali w tej dziedzinie sukcesy.

             Inspirację dla twórczyń stanowiła beskidzka przyroda. Ozdoby odwzorowywały głównie występujące w naturze kwiaty: maki, stokrotki, chabry, niezapominajki, dzwonki, ale również różne formy fantazyjne, od miniaturowych po olbrzymie, od prymitywnych wystrzyżonych i skręconych chochołów po przemyślnie ukształtowane arcydziełka, zależnie od umiejętności, dokładności i talentu wykonawcy. Podstawowy materiał do wyrobu to paski bibuły i drut, ale dla urozmaicenia wprowadza się także bibułę gładką, papier, pióra błyszczące itp. Mistrzostwo poszczególnych kwiaciarek przejawia się zarówno w doborze kolorów, jak i w formowaniu pojedynczych kwiatów, ale przede wszystkim w komponowaniu z nich większych dekoracji. Kompozycje takie miały różnorodne zastosowania. We wnętrzu mieszkalnym najbardziej zdobiona była galeria obrazów, których ramy okalano albo bukiecikami, albo wieńcem, lub girlandami kwiatów samych, bądź na pokładzie z żywej zieleni, jedliny czy widłaków. Podobne girlandki z drobnych kwiatów umieszczano pod taflą szkła ochraniającego obraz i te miały szansę dłuższego przetrwania mniej narażone na słońce, wilgoć czy kurz. Charakterystyczną ozdobę domowego ołtarzyka, zarówno małego – na półeczce zawieszonej w kącie, jak i większego – na komodzie czy stole, stanowił kwiatowy łuk (kabłączek, korona) okalający figurkę lub krzyż oraz dwa symetryczne bukiety ustawione po bokach. Bukiety te, zwane drzewkiem, rózgą lub palmą, na ogół płaskie, ze względu na brak miejsca, formowane były przeważnie na patyku, stąd ich nazwa -bukiety na patyku. Bukiet jako ozdoba stołu pojawił się później, w modernizowanych mieszkaniach, ale tutaj był to bukiet pełny, czyli wypuknięty. Popularną ozdobą ścian pokoju były bibułkowe ozdoby w postaci  niewielkich poduszek lub serc. Do dziś dekorowane są kwiatami z bibuły kapliczki, a także ołtarze i feretrony w kościołach wiejskich. Nierzadko zwraca się przy tym uwagę na symbolikę kolorów – za najbardziej odpowiednie dla przedstawień matki boskiej uznawane są biały i błękitny, świętej Barbarze i innym męczennikom przysługuje kolor czerwony, a świętemu Józefowi – pomarańczowy. Barwne kwiaty z bibułki na wielu terenach dodawane są do różnego rodzaju typu pająków, do wielkanocnych palm, rzadziej do wieńców dożynkowych. Wykonuje się z nich szereg akcesoriów weselnych. Największą rozmaitość tychże zaobserwowano w Beskidzie Żywieckim. Spotkać tu można woniącki – bukieciki do ubiorów i kapeluszy w odpowiednich barwach dla pana młodego, starostów, drużbów i reszty orszaku. Odmienne w formie bukiety – chochołki zdobiły uprząż koni wiodących weselników do kościoła. Kwiatkami z bibuły przybierano dawniej weselną rózgę, później układano z nich bukiet dla panny młodej.  Wianek z takich kwiatów nosiła panna młoda, druhny, a także dziewczynki przystępujące do pierwszej komunii (dla nich wykonano też gałązki lilii). Do wieńców pogrzebowych czy nagrobnych masowo przygotowywanych na dzień wszystkich świętych stosowane są, zależnie od okolicy kwiaty w barwach stonowanych (białe, czarne, fioletowe) lub rzadziej różnokolorowe. Nowszym zwyczajem stało się w niektórych regionach sporządzanie przez dziewczynę dla wybranego kawalera prezentu imieninowego w postaci wieńca, sporych nieraz rozmiarów (żywieckie) lub kosza kwiatów  (np. myślenickie, sądecczyzna ). W dekoracji tej bywa butelka wódki czy papierosy. Kompozycje z bibułkowych kwiatów pojawiały się z rzadka na przeglądach i konkursach sztuki ludowej lub pamiątkarstwa, ale prawdziwą ich karierę zapoczątkowała wystawa zorganizowana  w 1965 r. z inicjatywy Cepelii w Warszawie, torując im drogę do sieci handlowej. Stały się przez parę dziesięcioleci popularnym w kręgach miejskich prezentem, przystrojem stołu i ścian, a także sklepowych wystaw. Nastąpiło to w okresie, gdy moda na kwiaty z bibuły w środowisku wiejskim wyraźnie przemijała, wypierały je bowiem trwałe i bardziej odpowiadające współczesnej estetyce kwiatki z mas plastycznych. Podtrzymywanie, a zwłaszcza przekazywanie następnym pokoleniom tej gałęzi sztuki ludowej mają na celu konkursy, np. w Małopolsce organizowane od roku 1970 przez Muzeum w Żywcu oraz Miejski Dom Kultury w Myślenicach. Konkursy myślenickie, organizowane odtąd co roku pod nazwą „Kwiaty polskie” stopniowo powiększały zasięg od lokalnego po ogólnopolski. Rywalizują w nich przede wszystkim liczne grupy kwiaciarek z żywiecczyzny i myślenickiego. Odrębne miejsce wśród sztucznych kwiatów zajmują kwiaty z wiórów, które zaczęto produkować z tego surowca w Koziegłowach (częstochowskie). Produkowane na użytek środowiska wiejskiego, sprzedawane były na okolicznych jarmarkach. W latach 60. zainteresowała się nimi Spółdzielnia Pracy z sąsiedniej wsi Zawada, której udało się z kolei zainteresować tą produkcją Cepelię. W wyniku działalności opiekuna plastycznego spółdzielni, w miejsce nie cieszących się uznaniem artystycznych kwiatów, zaczęto wprowadzać do produkcji różnego rodzaju ptaszki, palmy, stylizowane kwiaty z barwionych wiórów (w 1977 r. produkowano 150 wzorów). Produkcję tę, choć nawiązującą do tradycyjnych, miejscowych umiejętności plecionkarskich trudno jednak zaliczyć w pełni do twórczości ludowej. 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Snycerstwo - wersja rozszerzona.

              Łatwość zdobycia materiału, jak i jego obróbka nie wymagająca skomplikowanych narzędzi powodowały, że zdobnictwo w drzewie należało do najbardziej rozpowszechnionych dziedzin twórczości ludowej i sięga swymi korzeniami w zamierzchłą przeszłość. Sztuka snycerska nieobca była ludowi polskiemu już we wczesnym średniowieczu, trwała w swym rozwoju i wczasach późniejszych. W II połowie XIX w. była na terenie wsi zjawiskiem powszechnym. Większość przedmiotów drewnianych sporządzanych przez chłopów w ramach gospodarstwa domowego była bowiem starannie wykonana i pięknie zdobiona. Rzeźbą najczęściej zajmowali się młodzi mężczyźni, przy czym niektóre przedmioty przeznaczone były specjalnie dla adorowanych dziewcząt np. „łyżniki” czyli półeczki na łyżki, ozdobne czółenka tkackie, maglownice, „pralnyky” (kijanki) do prania, a przede wszystkim „priasłycie”, tj.  przęślice. Drążek przęślicy o przekroju kolistym, idealnie wygładzony, pokryty był prawie na całej długości drobniutkim rytem geometrycznym, wykonanym szpicem ostrego noża. W cieniutkie karby wcierano pastę z łoju zmieszanego z sadzą.  Przęślice używane były do zakładania na nie tzw. kądzieli lnianych lub z wełny, z których przędło się na kołowrotkach. Przedmiotami domowego użytku zajmowali się zaś stolarze i cieśle.
             Pierwsze konkretne wiadomości o snycerzu bieckim mamy od 1625 r., w tym bowiem roku przyjmuje prawo miejskie Mikołaj Dębowski „de Strzyżów lignifabreator”. W następnym roku figurował on jako płatnik podatku od domu i rzemiosła, określany był jako „pictor”.  W latach 1632-1638 w księdze cechu wielkiego określony został jako Mikołaj Snycerz i przyjmował chłopców do nauki rzemiosła. Dalsza działalność Mikołaja Dąbrowskiego na terenie miasta Biecza jest niestety nieznana. Nie mniej w okresie jego działalności zostaje ufundowany cały szereg sprzętów do kościoła farnego w Bieczu, zachowanych zresztą do dzisiaj. Nasuwa się więc przypuszczenie, że przedmioty te zostały wykonane w pracowni Mikołaja Dąbrowskiego.
            Na wsiach rzemiosło to koncentrowało się w dużej mierze w ośrodkach gdzie była mocno zakorzeniona tradycja wyrobu przedmiotów drewnianych.
            Jako surowiec, w zależności głównie od przeznaczenia zdobionych przedmiotów spożytkowane były różne rodzaje drewna. Jawor ceniony był za twardość i jasną żółtą barwę, buk i grab- za wytrzymałość, czereśnię i gruszę ceniono przede wszystkim ze względu na złocisty kolor. Miękkie drewno, lipowe czy świerkowe używano często do wyrobu form dłubanych. Niektórym gatunkom drewna, jak np. na Podhalu cisowi, przypisywano wręcz magiczne właściwości.
            Do zdobienia wykorzystywano narzędzia takie jak: dłuta, rylce, strużki, cyrkiel stolarski. Wśród technik snycerskich wyróżniamy: ryt swobodny (płytkie nacinanie powierzchni drewna, stosowane przy przedstawianiu postaci ludzkich i zwierzęcych) oraz ryt cyrklowy (stosowany przy komponowaniu kół, rozet, gwiazd), a także technikę wiórkową, wrąbkową, ażurową, stempelkową, wypalania, nakładania, kołkowania. Duże stosunkowo zastosowanie znajdowała w rzeźbie dekoracyjnej technika ażurowania. Spotkać ją można było np. na łyżnikach. W niektórych okolicach do zdobienia przedmiotów drewnianych stosowano technikę stempelkową, polegającą na wytłaczaniu w drewnie ornamentu przy pomocy żelaznych stempli o wzorach posiadających na przykład kształt gwiazdki czy wielopromiennej rozety. W pewnym związku zarówno z rytem, jak i stempelkowaniem pozostawało zdobienie przedmiotów drewnianych przez wypalanie. Dekorator posługiwał się tu żelaznym rylcem względnie stempelkiem rozpalonym w ogniu, dzięki czemu prócz rytu czy odcisku powstaje jeszcze na powierzchni zdobionej efekt barwny w postaci ciemnego wypalonego znamienia. Technikę wypalania w  XIX w., dość często stosowano do dekoracji wyrobów bednarskich lub zabawkarskich. Obok dekoracji rzeźbiarskiej spotyka się czasem intarsję tj. wykładanie powierzchni drewnem o różnych odcieniach naturalnych. Intarsją zdobione bywały na Podhalu i w okolicy Babiej Góry powierzchnie płyt stołowych. Sporadycznie ludowe meble intarsjowane zdarzały się też w krakowskim i rzeszowskim. Tematyka dekoracji snycerskiej czerpana była zazwyczaj ze świata roślinnego, obok której poważną rolę grały również motywy geometryczne. Innymi drogami przebiegały koleje rzeźby wgłębnej. Spotykało się je na pasterskich terenach karpackich, gdzie znajdowały zastosowanie przy wycinaniu form do wytłaczania owczych serków (Podhale, Żywiecczyzna, Gorce). Natomiast w Polsce zachodniej w podobny sposób wyrabiało się dekoracyjne formy do wyciskania masła, występowały one również w Małopolsce i Polsce centralnej. Prawdopodobnie wzorów do tego rodzaju form dostarczało pieczywo odpustowe.
                 W kulturze ludowej zdobnictwu snycerskiemu podlegały oprócz wyżej wymienionych przedmiotów, także narzędzia tkackie, narzędzia i sprzęty pasterskie, solniczki, siodła, uprzęże oraz wyróżniające się bogactwem zdobienia: łyżki oraz formy piernikarskie. Do najczęściej stosowanych elementów zdobniczych należą: motywy geometryczne (gwiazda – rozeta, półkule, serca, linie esowate, krata, krzyż, jodełka), motywy roślinne (kwiaty kielichowate – leluje, gałązki z igłami, liśćmi), motywy zoomorficzne (ptaki, koniki, ryby, baranki, jelenie, węże), inne motywy (postacie ludzkie, herby miast, sceny rodzajowe, emblematy zawodów). W dekoracji snycerskiej występującej na tych terenach spotykamy przede wszystkim ornamenty geometryczne o urozmaiconych układach rytmicznych np. skrzynka z Rożnowic. Zdobnictwo o motywach roślinnych występowało tu jedynie na kózkach do osełek. Jedyne przykłady zastosowania w dekoracji snycerskiej motywów o tematyce antropomorficznej stanowiła kobylica do strugania gontów pochodząca z Gródka, której głowica rzeźbiona była w kształcie ludzkiej twarzy.
                Bardzo interesująco przedstawia się na łemkowszczyźnie (głównie środkowej i zachodniej) rzeźba figuralna, wykonywana w drewnie. W okresie międzywojennym przy drogach spotykało  się  krzyże z rzeźbą Chrystusa, samotną lub w towarzystwie stojących obok postaci Matki Boskiej i św. Jana. Na ścianach chałup zawieszano płaskie kapliczki szafkowe z Chrystusem na krzyżu. We wnękach kamiennych kapliczek blokowych lub murowanych znajdowały się figurki Chrystusa frasobliwego, Matki Boskiej z dzieciątkiem, czasami też Piety. Autorami tych rzeźb byli miejscowi Łemkowie, których nazwiska już dawno uległy zapomnieniu. Do wyjątków należy kapliczka szafkowa znajdująca się w Nowicy, z rzeźbą Chrystusa ukrzyżowanego. Miejscowi informatorzy pamiętali, że rzeźbił ją tamtejszy łyżkarz Stefan Biszko. Rzeźby w drewnie utrzymane były przeważnie w duchu szczerego, ludowego prymitywu. Przykładem jest figura Matki Boskiej z dzieciątkiem na ręku, znajdująca się w Krempnej, w kamiennej kapliczce z 1874 r. Jest to rzeźba polichromowana, wysokości 93cm, wykonana w płaskim bloku wymodelowana tylko od frontu i to w górnej części postaci, podczas gdy dolna potraktowana została bardzo schematycznie.
                Bardzo ciekawie przedstawiała się również rzeźba drewniana w innych miejscowościach. Wyróżnić tu możemy dwie grupy: do jednej należały prace prymitywne, wykonane w sposób bardziej samodzielny, niezależny od bezpośrednich wzorów czerpanych np. z dewocjonalnych figurek gipsowych i dlatego niejednokrotnie pod względem formy bardzo interesujące. Do drugiej zaś poprawne, ale zarazem mało indywidualne prace rzeźbiarzy silących się na realizm lub na naśladownictwo figurek odpustowych. Do pierwszej grupy można zaliczyć m.in. figurki do szopki wykonane przez Pawła Czochera z Klęczan, o charakterystycznie wydłużonych sylwetkach, co postaciom ludzkim nadawało wyraz hieratycznej powagi. Bryła rzeźby była starannie wykończona i wygładzona, rysy twarzy czy zarost zaznaczone z drobiazgową dokładnością, natomiast zagadnienie proporcji traktowane było przez autora z dużą swobodą. Rzeźby te były polichromowane, w kolorach pastelowych.  Innym wyrazem swobodnego wyrazu artystycznego była szopka wykonana przez M. Górskiego i J. Kulkę z Ropy. Zaopatrzona ona była w liczny zespół figurek rzeźbionych w korze świerkowej. Figurki te, o prostych, z grubsza obrabianych formach blokowych, czasem kanciastych, spłaszczonych z przodu i z tyłu, o schematycznie ciętych twarzach i fałdach odzienia, były doskonałym przykładem zupełnie prymitywnej, dziecięco naiwnej twórczości ludowej. Prace Mariana Szury z Szalowej, o tematyce świeckiej (np. żniwiarz, kobieta w chuście), oraz prace Marcina Szury z Wyskitnej ( drwal, szklarz, dziegciarz) –należą już do drugiej grupy rzeźb o wyraźnie zarysowanych tendencjach do realistycznego traktowania formy. Do rodzaju twórczości znajdującej się na pograniczu drobnej rzeźby i zabawkarstwa należą kolorowe ptaszki wykonywane przez A. Więcka z Łużnej. Artysta w przyjemny sposób pokazał ptaszki, rozmieszczając je na gałązkach małego drzewka.

               Snycerka ludowa, dostarczająca obok haftu najwięcej przykładów biegłości technicznej oraz walorów artystycznych, była jedną z dziedzin ludowej plastyki, która od dawna zwróciła uwagę sfer inteligenckich na umiejętności i uzdolnienia mieszkańców wsi. Uznano więc, że należy je rozwijać, w wyniku czego zaczęto organizować liczne szkoły przemysłu drzewnego. W dzisiejszej rzeczywistości umiejętności snycerskie w większości przypadków kultywowane są przez nielicznych specjalistów, często równocześnie stolarzy.

piątek, 20 marca 2015

Gonciarstwo - wersja rozszerzona

            Pierwsze wzmianki o gonciarstwie w okolicach Gorlic dotyczą Szymbarku i okolicznych wsi, a pochodzą z XVII w. Na łemkowszczyźnie niezbyt intensywna gospodarka oraz słabe ziemie nie dawały wystarczających dochodów do utrzymania rodziny, dlatego Łemkowie chwytali się zajęć pozarolniczych. Najprostszą metodą na zarobienie grosza było ścięcie drzewa w lesie i zawiezienie go do tartaku. Lepszy zarobek dawało wykonanie wyrobów z drewna. Rozpowszechnione było na tych terenach gonciarstwo. Produkowano gonty masowo od drugiej połowy XIX wieku, w niektórych wsiach na ogromną skalę. Warto dodać, że robione były ręcznie. Zbyt znajdowano głównie na terenie Słowacji.
             Głównymi ośrodkami tego rzemiosła były miejscowości od dawna zajmujące się produkcją przedmiotów z drewna. Wymienić tu należy takie wsie jak: Nowica, Przysłup, Leszczyny, Wołowiec czy Łosie.
             Tajemnicą mistrzów gonciarstwa był odpowiedni dobór drzewa. Gonty robiło się bowiem z drzewa jodłowego, gdyż przede wszystkim nie ma kanałów żywicznych, dzięki czemu po wysuszeniu nie powstają dziury. Były one najtrwalsze.
             Gonty zazwyczaj wyrabiano w lesie, na miejscu ścinki drzewa. Niekorowany pień ściętego drzewa, przecinano piłą na klocki długości około 20cali (50cm), które następnie rozłupywano wzdłuż średnicy pnia. Każdą z otrzymanych w ten sposób połówek „szczypano” siekierą wzdłuż na szereg mniejszych, klinowatych części o szerokości ok. 5cm przy obwodzie. Te z kolei strugano ośnikiem (tzw. „obirucznyj – niż”) na kobylicy („stolec obirucznyj”). Przed pierwszą wojną światową, a sporadycznie w okresie międzywojennym, przy produkcji gontów w lesie do przytrzymywania deseczek przy struganiu używano tzw. „hrabu”. Prymitywniejsza jego forma polegała na tym, że w pień żywego drzewa, posiadającego na odpowiedniej wysokości naturalną odrośl zwaną „krywulą”, wprawiano deskę długości ok. 80cm. Deskę umieszczano poziomo w ten sposób, że jeden jej koniec zaopatrzony w pionowo sterczące gwoździe wystawał wydatnie poza drzewo akurat pod „krywulą”. Obrabiany gont wkładano między odrośl a uzębioną deskę tak, że zaczepiał się on o gwoździe. Wtedy, naciskając go podczas strugania ku dołowi, można było swobodnie pracować posługując się obiema rękami. W późniejszej formie „hrabu” naturalną odrośl zastępowano specjalnie obrobionym kawałkiem drzewa o sierpowatym kształcie, który wprawiano prostopadle w poziomą deskę.  Tego typu urządzenie było uniwersalne, ponieważ nadawało się do umieszczenia na dowolnym drzewie. Po nadaniu gontowi odpowiedniego kształtu przystępowano do „paszenia” czyli wycinania w szerszej jego części „pachy” tj. szczeliny, w którą przy układaniu na dachu wchodzi węższy brzeg następnego gontu. Pachę (inaczej „fugę” lub „szpuhę”) wycina się narzędziem zwanym „struh”. Jest to narzędzie w kształcie litery T, jego część pionową stanowi drewniana rękojeść, zaś poziomą prostokątne ostrze zagięte na końcach tak, że tworzy rodzaj dłuta nadającego się doskonale do żłobienia rowków. Przy „paszeniu” umocowano gont w tzw. „kopaczach” lub „stolcu do paszenia”. Pierwsze z tych urządzeń, prymitywniejsze – to po prostu dwa kołki równej długości z rozszczepieniami na końcach, wbite w ziemię w odległości ok. 50cm od siebie, w które wkłada się cieńszą część gontu podczas „paszenia”. Stolec do paszenia jest to ława, na której gont unieruchamia się klinami między czterema wbitymi w deskę kołkami, wyznaczającymi jego długość i grubość. Pracujący siada na ławie okrakiem, mając gont przed sobą.
                 Czasami gonty wytwarzano w specjalnie przeznaczonych do tego miejscach pracy tzw. Gonciarniach, w których siłą napędową była płynąca woda tak jak ma to miejsce w młynach rzecznych. Przykładem takiej konstrukcji może być gonciarnia w Bańskiej  na Podhalu.

                 Dobrze zrobiony gont mógł wytrzymać nawet 80 lat. Gonty produkuje się po dziś dzień, jednak dzisiejsze gonty robione są z suchej tarcicy, dlatego nie mają żywotności gontów robionych metodą tradycyjną.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Garncarstwo - wersja rozszerzona

Garncarze. Podług własnego obrazu rysował Konopacki. Tygodnik Ilustrowany 1882.
         Ludowa ceramika  należy do tych dziedzin kultury, które od dawna budziły zainteresowanie zarówno zawodowych etnografów, jak i amatorów, miłośników ludowej twórczości artystycznej, społeczników a także i tzw. „ludzi interesu”, traktujących ją jako źródło intratnych dochodów. Modelowanie w glinie znane było człowiekowi od niepamiętnych, prehistorycznych czasów, wcześniej niż garncarstwo ścisłym znaczeniu tego słowa. Garncarstwo było umiejętnością bardziej złożoną, gdyż do modelowania dołącza się proces wypalania, a także zdobienia przy pomocy różnych technik. Wymagało odpowiedniej nauki zawodu oraz posiadania specjalnie wyposażonego warsztatu. Garncarstwo było rzemiosłem uprawianym dla szerszego kręgu odbiorców, zaś umiejętności zawodowe przekazywano najczęściej w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Od czasu zainteresowania się przemysłem ludowym, zaczęto organizować wzorcowe pracownie i szkoły garncarskie, w których upowszechniano szlachetniejsze technologie oraz niekiedy, co nie zawsze było korzystne dla kultywowania miejscowych tradycji, wprowadzano obce wzornictwo.
              Pierwsze wiadomości źródłowe o bieckich garncarzach posiadamy z lat 1388- 1398. Są to jednak wzmianki, które nic nie mówią ani o rozmiarach rzemiosła, ani o jego organizacji. Materiału informującego o charakterze produkcji tego okresu dostarcza zawartość pieca garncarskiego, pochodzącego najprawdopodobniej z XIV w., który został w 1958 r. odkryty w północnej pierzei rynku. Dopiero począwszy od XVI w. zarówno wiadomości archiwalne jak i pozostałości wykopaliskowe dostarczają więcej materiałów do dziejów bieckiego garncarstwa. Na podstawie dotychczasowych zasobów archiwalnych nie udało się ustalić danych odnoszących się do powstania i organizacji cechu garncarskiego. Posiadamy jedynie dowody istnienia i działalności garncarzy w mieście. W 1528 r. kiedy w Bieczu budowano szkołę, w wydatkach figurują sumy pieniężne wypłacane garncarzom na koszta opału. Nie wiadomo jednak, czy garncarze byli już w ten czas zorganizowani w cech, czy też rzemiosło swoje uprawiali w sposób nie zorganizowany. Po raz pierwszy reprezentantów cechu garncarskiego spotykamy w roku 1540, kiedy to cechmistrz garncarski bierze udział, wraz z cechmistrzami innych rzemiosł, w wyborze rady miejskiej w Bieczu; powtarza się to również w następnych stuleciach. Do roku 1545 garncarze, mimo że posiadali swój cech, nie korzystali jednak w pełni z praw miejskich. Dopiero w 1545r. przyjęli oni prawo miejskie i odtąd zostali zwolnieni od różnych ciężarów nakładanych na obywateli nie posiadających tego prawa. Pierwotny statut cechu garncarskiego nie zachował się do naszych czasów, ten jednak, który posiadamy (z 1601 r.) zawiera również elementy z dawnego statutu. Został on przez radę miejską odnowiony, częściowo poprawiony i przedłożony do zatwierdzenia królowi. Widocznie stary statut częściowo się zdezaktualizował. Trudno dziś odróżnić, w jakim stopniu statut został znowelizowany, a w jakim – zachował swój pierwotny charakter. Statut dosyć szczegółowo określał prawa i obowiązki członków cechu. Prócz ustaw o charakterze ogólnym, mających analogie  innych statutach cechowych (np. branie udziału w obrzędach religijnych, czy administracja cechu), interesujące dla nas będą ustawy związane ściślej z rzemiosłem garncarskim. Na pozór wydawać by się mogło, że sztuka rzemiosła garncarskiego była łatwa do opanowania. Z wzmiankowanego statutu wynika jednak, że nauka rzemiosła trwała stosunkowo długo, bo od trzech do czterech lat. W statucie nie wspomniane jest nic o wędrówce potrzebnej do uzyskania dyplomu. Ciekawe jest stanowisko cechu w stosunku do mistrzów przybywających z innych miejscowości z zamiarem osiedlenia  się w Bieczu. Wymagano od nich, jak i od czeladników, przy wstępowaniu do cechu wykonania pod nadzorem mistrzów dzbana wysokiego na jeden łokieć i trzy palce i donicy szerokiej na dwie piędzi. Od wykonania tych sztuk zwolniony był syn lub zięć mistrza. O ewentualnym zwolnieniu od tego obowiązku wszystkich innych – decydowali mistrzowie garncarstwa. Zastanawia nas warunek wykonania „ sztuki” stawiany mistrzom przybywającym z innych miejscowości. Wynikało by z tego, że garncarze bieccy dzierżyli pewnego rodzaju prymat w tym rzemiośle w stosunku do innych miejscowości. Przypuszczenie to potwierdzałby ostatni ustęp statutu, który mówi że „ kto się w Bieczu nauczył garncarstwa a chce się osiedlić, w którym z sąsiednich miasteczek, nie skądinąd, ale od bieckiego cechu ma wziąć litteras disciplinae suae”. Daje się tu wyczuć ważność świadectwa z bieckiego, a nie innego cechu. Na straży równowagi wielkości warsztatów garncarskich stał jeden z punktów statutu, który głosił, że mistrz może zatrudnić jednego towarzysza ( czeladnika) biegłego w garncarstwie i jednego „ robieńca” (ucznia). Gdyby zatrudniał dwóch towarzyszy, powinien jednego odstąpić takiemu mistrzowi, który nie ma żadnego. Ustawa ta wyraźnie ograniczała możliwość rozrostu poszczególnych warsztatów, ponieważ ich rozwój oczywiście musiałby się odbywać kosztem uszczuplenia względnie całkowitego upadku mniejszych warsztatów nie wytrzymujących konkurencji. Przestrzegano także ściśle, aby mistrzowie garncarscy nie odbierali sobie wzajemnie czeladników i nie ganili ich roboty. Surowa kara groziła także za nieprzestrzeganie tajemnic cechu nawet przed własną żoną. Tajemnica nie obowiązywała jedynie wówczas, gdyby postanowiono coś przeciw radzie i miastu. Dalej statut wyraźnie precyzuje, że stare rozwalone piece kaflowe mogą na nowo stawiać tylko mistrzowie lub dotychczasowi właściciele, budowa zaś nowych zastrzeżona była tylko dla mistrzów. Świadczy to tyleż o dużym zróżnicowaniu hierarchicznym w tym zawodzie, ile – o słabym wpływie czeladników na zawodowe czynności w tym cechu. Przechodząc do omówienia stanu ilościowego garncarzy bieckich w porównaniu z miastami powiatu bieckiego, których było 11, należy stwierdzić że najwięcej ich było w Bieczu. Przewaga ta utrzymuje się przez cały XVI i XVII w. Z sąsiednich większych miast jedynie Nowy Sącz w tym czasie niekiedy przewyższa Biecz. W XVIII w. garncarze bieccy zostali dosyć niespodziewanie zdystansowani pod względem ilości przez garncarzy z Dębowca, których w 1766 r. było 14, w Bieczu zaś tylko 4. Dzięki zachowanej księdze przyjęć do prawa miejskiego w Bieczu z lat 1538-1688 możemy śledzić, ilu garncarzy bieckich było miejscowego pochodzenia, a ilu przybyło z innych miejscowości i osiedliło się w Bieczu. W tym 150 letnim okresie przyjęło prawo miejskie 38 garncarzy, co stanowi 2,5% wszystkich osób przyjmujących w tym czasie prawo miejskie w Bieczu. Napływ garncarzy w tym okresie był równomierny. Jeżeli podzielimy owe 150 lat na dwa 75-letnie okresy, uzyskamy po 19 garncarzy przyjmujących prawo w każdym z nich. Wśród tych 38 figurujących w księdze przyjęć, 30 znanych jest z miejsca pochodzenia. Z tych 9 przybyło z przedmieść bieckich, 8 z samego miasta, pozostali pochodzili z różnych miejscowości położonych w większości na wschód od Biecza. I tak,  z odległego Lwowa  przybyło do Biecza 2 garncarzy. Jeden z nich, Jan Pochilek, przyjął prawo miejskie w 1549 r. Pełnił on funkcję cechmistrza w latach od 1567 do 1578, z wyjątkiem roku 1569. Drugim przybyłym ze Lwowa w 1573 r. był Wojciech Harczek. Jan Kudejkowicz przybył z Rzeszowa w 1628 r., a Walenty Dumański z Łańcuta w 1668 r. Następnie zanotowano po jednym z Kolbuszowy, Pilzna, Frysztaka, Dukli, dwóch z Jasła i trzech z Ołpin. Garncarze pochodzili przeważnie z miast. Stąd też można wnioskować, że garncarstwo w omawianym okresie uprawiane było w większym stopniu w miastach niż po wsiach, w przeciwieństwie do rzemiosła płócienniczego i szewskiego, które uprawiano dosyć szeroko na wsi. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, z jakich warstw społecznych wywodzili się garncarze, którzy przybywali z innych miejscowości i osiedlali się w Bieczu. Wiemy, że garncarze pochodzący z samego Biecza i przedmieść wywodzili się raczej ze średnio zamożnych warstw rzemieślniczych. Bardzo często rzemiosło przechodziło z ojca na syna, czasem aż do wygaśnięcia rodu. I tak, Stanisław Pochilek, syn wzmiankowanego już Jana przyjął prawo miejskie i trudnił się rzemiosłem garncarskim. Nie wiemy, skąd przybył przodek rodziny Klarów, Walenty, wiemy natomiast, że Andrzej, Mateusz, Jakub i Sebastian Klarowie, mieszkańcy przedmieść bieckich, przyjęli prawo miejskie w Bieczu w latach 1561- 1589 i uprawiali rzemiosło garncarskie. Podobnie i garncarska rodzina Bartoszewiczów, którzy przyjęli nazwisko od imienia swojego przodka Bartosza, przewija się w źródłach przez długie dziesiątki lat. Pierwszym z nich, który przyjął prawo miejskie w 1581 r. jako garncarz, był Wojciech, następni to: Jan, ponownie Jan, Paweł i – ostatni- Szymon Bartoszowicz, notowany w księdze przyjęć w 1647 r. Warto jeszcze odnotować garncarską rodzinę Wędrychów. Pierwszy przyjął prawo miejskie w 1654 r. Bartłomiej Wędrych, w 1657 r. – jego syn Wawrzyniec, w 1686 r. zaś – dwaj synowie Wawrzyńca: Marcin i Sebastian. Kilka powyższych przykładów dostatecznie ilustruje fakt, że rzemiosło garncarskie utrzymywało się długo w obrębie jednej rodziny. Sprzyjała temu okoliczność, że cechy poszczególnych rzemiosł, m.in. i garncarskiego, były bardzo ekskluzywne. Często zarówno ilość mistrzów jak i jatek związanych z danym rzemiosłem była z góry określona. Podobnie było i w cechu garncarskim, niełatwo więc było dostać się do cechu obcemu przybyszowi, nawet z dyplomem mistrzowskim, który w myśl statutu nie był w Bieczu honorowany i mistrz przybyły z innej miejscowości musiał ponownie wykonywać „sztukę”. Wymienieni powyżej członkowie poszczególnych rodzin garncarskich pełnili przeważnie funkcję cechmistrzów. Łatwiej więc było synowi cechmistrza ukończyć praktykę u swego rodzica i uzyskać dyplom mistrzowski, następnie odziedziczyć po ojcu warsztat i jatkę – aniżeli zdobywać to wszystko obcemu przybyszowi. Stosunek procentowy garncarzy do ogólnej ilości rzemieślników bieckich nie ulegał zbyt wielkim zmianom (najczęściej około 5%). Pokaźne zmniejszenie się liczby rzemieślników w latach 1671 i 1712 należy wyjaśnić ogólnym zubożeniem miasta po wojnach szwedzkich, najazdach Rakoczego i zarazie, która nawiedziła Biecz w 1662r. Ze względu na skromną bazę materiałowa trudno wyrobić sobie obiektywny sąd o stanowisku garncarzy wśród warstwy rzemieślniczej. Należy przypuszczać, że pozycja ich była stosunkowo silna, skoro potrafili zorganizować oddzielny cech, mimo że byli dość nieliczni i w pewnych okresach pod względem ilości równali się z rzemiosłem zaliczanym do zamożnych, a mimo to nie stanowiących osobnego cechu. Wśród 10 cechów istniejących w Bieczu pozycja cechu garncarskiego pod względem ilości mistrzów ulegała zmianom. W 1581 r. cech garncarski stał na ostatnim miejscu. W 1629 r. zajmuje on 8 miejsce. Na tym miejscu cech garncarski utrzymuje się do roku 1712. Wiele danych wskazuje, że pozycja garncarzy zarówno wśród rzemieślników bieckich jak i w społeczeństwie wzrastała w miarę upływu czasu. W 1545 r. uzyskują oni dokument od rady miejskiej, która postanawia, „aby cechmistrze i mistrzowie cechu garncarskiego nie byli nadal jak dotąd razem z piwowarami obowiązani do kopania dołów pod słupy szubienicy, ponieważ przyjęli prawo miejskie i ponoszą wszystkie ciężary i podatki miejskie, ale gdy się zdarzy wznieść szubienicę, wtedy tylko do tych czynności koło niej będą pociągani co i inni mieszczanie”. Z dokumentu jasno wynika, że do czasu jego wystawienia garncarze traktowani byli gorzej od innych rzemiosł. Dopiero ów dokument zrównał ich wobec praw miejskich z innymi rzemiosłami. Odtąd przedstawiciel cechu garncarskiego występuje przy wyborach do rady miejskiej, jak i przy podejmowaniu uchwał dotyczących ogólnych interesów miasta i mieszczaństwa. Przeprowadzona analiza składu rady miejskiej i ławy w latach 1540-1611 przyniosła negatywne wyniki odnośnie do udziału w niej garncarzy. Zarówno wśród rajców jak i ławników nie spotkano w tym okresie żadnego garncarza, mimo że do pełnienia tych urzędów wybierani byli przedstawiciele niemal wszystkich innych cechów. Godność rajców i ławników piastowali nawet ci rzemieślnicy, którzy nie mieli własnego cechu, a należeli do zbiorczego. Z powyższych faktów można wyciągnąć wniosek, że w praktyce garncarze nie byli dopuszczani do pełnego udziału we wszystkich dziedzinach życia miejskiego. Sądząc z zamożności niemal wszystkich kupców i rzemieślników sprawujących urzędy rajców i ławników, można zaryzykować stwierdzenie, że znaczny wpływ na odsuwanie garncarzy od piastowania urzędów miejskich miał stan ich zamożności. Jak wynika z inwentarzy, testamentów i różnych transakcji handlowych nieruchomościami, garncarze należeli do biedniejszej, a tylko nieliczni do średnio zamożnej warstwy mieszczańskiej. Niektórzy ze średniozamożnych posiadali kamienice w mieście i majątek na przedmieściu. Do takich należał Sebastian Klara. Przyjął on prawo miejskie w 1589 r., w 1596 zakupił zaś kamienicę w mieście. Posiadał także dom i majątek na przedmieściu. W 1601 r. pełnił on funkcję cechmistrza cechu garncarskiego. Po bezpotomnej śmierci w 1625 r. pozostałym majątkiem dzielą się dzieci jego brata Pawła, mieszczanina dukielskiego. Przy podziale dochodzi do kłótni między rodziną żony zmarłego a spadkobiercami, którzy zeznają przed sądem w sprawie dóbr zmarłego: „ w których dobrach dostatek był wszelki tak w pieniądzach jako i w sprzęcie domowym, co jest ludziom albo sąsiadom dobrze wiadomo”, oraz że zostało z rzeczy nie ujętych w inwentarzu : łyżki dwie srebrne, kłoteczka z literami, obrusy cynowane i wiele innych rzeczy, oraz pieniędzy 400 złotych. W większości jednak garncarze posiadali majątki i domostwa na przedmieściach bieckich. Do znanych i dość zamożnych należała już wspomniana rodzina Bartoszowiczów. Należy wyjaśnić, że wszyscy wyżej omówieni garncarze należeli raczej do najzamożniejszych. Pełnili oni w pewnych latach funkcje cechmistrzów. Porównując ich jednak z bogatym patrycjatem bieckim, w którego rękach spoczywała władza, musimy stwierdzić, że majątek garncarzy był bardzo znikomy. Podczas gdy wartość majątkowa poszczególnych garncarzy prawie nie przekraczał tysiąca złotych, to fortuny bogatych patrycjuszy sięgały kilku czy nawet kilkunastu tysięcy złotych.
                 Trudno dziś ustalić, gdzie mieściły się we wczesnych okresach warsztaty garncarskie na terenie Biecza. Konkretne dane mamy dopiero z końca XIV w. W 1958 r. w północnej pierzei rynku odkryto fragmenty dwóch pieców garncarskich, niestety w takim stopniu zniszczonych, że nie można nic powiedzieć o ich typach. W jednym z nich mieściło się dużo węgla drzewnego, wiele skorup naczyń glinianych oraz trzy całe garnku. Wykazują one cechy ceramiki XIV- wiecznej. W tym przekonaniu utwierdza nas znaleziona w pobliżu moneta z XV w. Z odkrycia tego wynika, że warsztaty przynajmniej częściowo mieściły się w śródmieściu. Dla późniejszych okresów brak źródeł dla tego zagadnienia. Należy jednak przypuszczać, że w miarę rozwoju miasta i zagęszczenia ludności, garncarze – ze względu na niebezpieczeństwo pożaru- zostają coraz bardziej wypierani na przedmieścia. W XVI i XVII w. mamy już dość liczne wiadomości źródłowe, że byli oni zgrupowani na rozległych wówczas przedmieściach bieckich. Do dziś zachowała się nazwa określająca pewien teren leżący na przedmieściu bieckim jako doły garncarskie. Jednakże istniały piece do wypalania kafli także i w mieście, o czym świadczą znajdowane w wykopach fragmenty popsutych przy wypale kafli, które wykazują cechy XVI i XVII- wieczne. Sądząc z wykopywanych fragmentów starej ceramiki, początkowo produkowano w Bieczu przeważnie garnki, misy, rynki i kubki przypominające rodzaj flakonów na kwiaty. W miarę upływu czasu produkcja garncarzy staje się coraz bardziej zróżnicowana. Począwszy od I połowy XVI w. mamy sporo materiałów świadczących o dużej rozmaitości wyrobów ceramicznych. Prócz wyżej wymienionych spotyka się kropielniczki, plakietki, obrazki gliniane, fajki oraz kafle, które ze względu na niezwykłą rozmaitość form i pomysłów stanowią w produkcji ceramicznej niemal oddzielną pozycję. W zakres produkcji garncarzy wchodziła także dachówka. Prócz tego – tylko garncarze mieli uprawnienia do budowy wszelkiego rodzaju pieców. Podstawowym surowcem do wyrobu naczyń i innych przedmiotów ceramicznych był odpowiedni gatunek gliny. Sądząc z zachowanych fragmentów naczyń wykonanych z gliny żelazistej występującej w naszych okolicach, dochodzimy do wniosku, że garncarze korzystali z miejscowego surowca. Glazura i środki barwiące glazurę na różne kolory przyrządzane były – przynajmniej częściowo – na miejscu, o czym świadczą znalezione opodal odkrytych pieców garncarskich kawałki stopionej miedzi, duża ilość żużli i inne składniki używane do wyrobu glejty i polewy. Glejtę i ołów przywożono także z Krakowa. W latach 1589- 1636 zanotowano na komorze celnej w Krakowie 52 konie z glejtą, ołowiem i innym towarem, zdążające do Biecza. Między wożącymi spotykamy także garncarzy bieckich. Nie jest wykluczone, że mianem ołowiu określano niekiedy także i glejtę. Należy wziąć pod uwagę, że większość ołowiu zużywana była zapewne na obronę miasta, część jednak także do wyrobu glazury. Wiemy, że Jan Bartoszowicz, zleca w testamencie wypłacić pewien dług cechowi ołowiem, którego pewien zapas posiadał u siebie. Najstarsze znaleziska ułamków naczyń na terenie Biecza odpowiadają formom ceramiki małopolskiej z X- XIII w. Następne okazy w postaci całych naczyń i różnych fragmentów pochodzą ze średniowiecza. Należą do nich dwa naczynia wykopane w okresie międzywojennym oraz trzy naczynia i szereg skorup znalezionych w odkrytym piecu garncarskim. Wszystkie te znaleziska należy zaliczyć do tzw. siwaków. Różnią się one między sobą zarówno rodzajem gliny, formami jak i ornamentyką. W jednych  glina jest z większą domieszką piasku, w innych z mniejszą. Istnieje także pewne zróżnicowanie w formach. Ornamenty wyciskano rylcem w formie poziomych linii otaczających naczynie lub radełkiem; wzór przypomina tzw. jodełkę lub rodzaj krateczki. Niekiedy zdobione je ornamentem w formie dołeczków zgrupowanych po trzy lub zagłębień wielkości ziaren fasoli wyciskanych rylcem, otaczających górną część brzuśca. Niektóre naczynia zdobione są wyłącznie ornamentem rytym, inne natomiast radełkowym i rytym. Warto nadmienić, że jedno ze znalezionych naczyń posiada na zewnętrznej stronie dna gmerk garncarski. Żadne z naczyń nie jest glazurowane. Dwa z odkrytych garnków nie maja uch. Kolor ceramiki – od ciemnoceglastej do czarnej z siwym odcieniem.  Z późniejszego okresu nie zachowały się całe naczynia. Dysponujemy natomiast licznymi fragmentami, które przynajmniej w pewnym stopniu pozwalają zorientować się w formach naczyń, ornamentyce, rodzaju i kolorze gliny. Zasadniczo formy naczyń nie uległy większym przeobrażeniom. Pewna różnica zachodzi w formach górnych części naczyń, szczególnie w sposobie wywinięcia na zewnątrz wylewu. Podczas gdy w starszych okazach wylew jest silnie wywinięty, to w późniejszych (XVI w. ) jest słabiej wygięty i część od szyjki do wylewu przebiega w pewnym zbliżeniu do linii pionowej. Ornamentyka – ryta i radełkowa. Zasadnicza różnica między jednymi i drugimi polega na tym, że starsze są nie glazurowane, nowsze zaś pokryte są bezbarwną lub też zieloną glazurą, ale tylko po wewnętrznej stronie naczyń. Kolor ceramiki – od ciemno- do jasnoceglastej. Z pomocą w datowaniu tych naczyń przychodzi nam ustalenie głębokości warstw ziemnych (170-190cm), w których one występują oraz znalezienie wielu dużych ułamków ceramiki w gruzie sklepienia XVI – wiecznej kamieniczki Barianów – Rokickich. Należy przypuszczać, że ceramika ta jest miejscowego wyrobu. Przed pewną zagadką stajemy wobec późniejszej ceramiki występującej na terenie całego miasta. Mamy tutaj na myśli schyłek wieku XVI, cały wiek XVII, a nawet początki XVIII. Obok ceramiki podobnej do poprzedniej, o zmienionej nieco formie naczyń glazurowanej bezbarwnie wewnątrz, a niekiedy tylko z zewnątrz, występuje ceramika bardzo różna od tradycyjnej bieckiej. Trzy zasadnicze cechy nadają jej odrębny charakter. Przede wszystkim rodzaj gliny o kolorze kremowym, czasami kremowo-żółtym, odróżnia ją od ceramiki miejscowej, wykonywanej z glin żelazistych o czerwonym przeważnie wypale. Wyroby z gliny miejscowej mają dosyć szorstką powierzchnię, w przeciwieństwie do opisywanej ceramiki, której powierzchnia jest bardzo delikatna, a naczynia są starannie wykonane. Drugą cechą wyodrębniającą jest ornamentyka. Niektóre naczynia są całkowicie gładkie, w większości jednak zdobione są ornamentem przypominającym rybią łuskę, wyciskanym radełkiem na przejściu brzuśca w szyjkę. Poniżej występują czasami poziome rowki wyciskane rylcem. Spotykamy jeszcze inny rodzaj ornamentyki radełkowej w postaci drobnej krateczki ułożonej w półkola, otaczającej górną część brzuśca.  Wyroby są glazurowane zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. Kolor glazury – jasnobrązowy i jasnozielony. Wyżej wymienione cechy nadają tej ceramice odrębny charakter, w skutek czego jej wyrobu należy szukać poza Bieczem. Przy próbach zlokalizowania wyrobu tego typu ceramiki przychodzą nam z pomocą bieckie archiwalia. Mianowicie w 1646 r. cech garncarski w Bieczu występuje ze skargą przeciw garncarzom z Łagowa o to, że przywożą garnki poza dniami targowymi i sprzedają je w Bieczu wbrew ustawie cechu garncarskiego. W tymże roku Grzegorz Stańczyk skarży Annę Duklowicową, mieszkankę krakowską, że kupiła od niego pół dziesiętej kopy garnków łagowskich w Bieczu na jarmarku, za które nie chciała mu wypłacić całkowitej sumy, za jaką były one stargowane. Stańczyk garnki te zakupił u garncarza z Łagowa.  Powyższe dane są niezbitym dowodem, że do Biecza przywożono garnki z dalekiego Łagowa i według wszelkiego prawdopodobieństwa ceramikę, o której mowa, należy zaliczyć do wyrobów łagowskich, tym bardziej że rodzaj gliny o wybitnie jasnym kolorze wypału występuje w okolicach Łagowa. Należy zaznaczyć, że z końcem XVI w. spotykamy się także w Bieczu z naczyniami potylickimi. Być może, że znajdywane na terenie miasta fragmenty naczyń z jasnoszarej gliny z soczystozieloną polewą są pozostałością po garnkach potylickich. Do bardzo ciekawych wyrobów ceramicznych spotykanych na terenie miasta należą misy i talerze. Są one niejednokrotnie przykładem wysokiego poziomu sztuki garncarskiej. Prócz naczyń prostych, pokrytych zieloną glazurą w różnych odcieniach, spotyka się także wielokolorowe malowane i glazurowane. Wszystkie formowane są z czerwonej gliny. Niektóre pokryte pobiałką, następnie malowane różnokolorowo i pokryte ołowiową glazurą. Przypominają one majolikę. Dekoracja mis i talerzy jest bardzo zróżnicowana. Spotyka się wzory roślinne, geometryczne oraz bliżej nieokreślone uformowane z różnych zygzaków, a czasami – wyobrażenia zwierząt. Niekiedy występują ornamenty plastyczne. Osobną grupę stanowią kafle, pochodzą one z przypadkowych odkryć w czasie prac ziemnych prowadzonych na terenie Biecza w latach 1958-1960. Niewielka tylko ilość została znaleziona przy pracach archeologicznych w 1956 r. Kafli posiadamy stosunkowo dużą ilość. Pochodzą one z różnych okresów – począwszy od XVI aż do XIX w. włącznie. Piece kaflowe, prócz praktycznej funkcji użytkowej, spełniały także funkcję dekoracyjną. Dlatego też bogate mieszczaństwo bieckie dbało o estetyczny wygląd pieców, czego dowodem są zachowane okazy kafli. Porównując je z naczyniami należy stwierdzić, że przy wyrobie naczyń mniej dbano o stronę dekoracyjną, choćby ze względu na ich nietrwałość, w przeciwieństwie do kafli, które mogły służyć nieraz dziesiątki, a nawet setki lat. Kafle bieckie uformowane są z gliny żelazistej o czerwonym wypale. Ich powierzchnie posiadają bardzo zróżnicowaną ornamentykę. Wszystkie stare okazy zdobione są ornamentami plastycznie tłoczonymi w formach, następnie polichromowanymi. W nielicznych tylko wypadkach powierzchnia kafli jest nie polichromowana i nie glazurowana. Niektóre zaś pokryte są jednokolorową glazurą: najczęściej zieloną, rzadziej brązową. W polichromiach ozdób plastycznych najczęściej spotykamy kolory: zielony w kilku odcieniach, seledynowy, brązowy w różnych odcieniach, jasnożółty, biały, czarny, szafirowy, granatowy i niebieski. Plastyczne motywy zdobiące powierzchnię kafli są bardzo zróżnicowane. W wielu wypadkach występują motywy roślinne w postaci liści, kwiatów, niekiedy stylizowane w kształcie renesansowych rozetek. Powszechnie spotykanym motywem są gałązki dębu wyrastające ze zdobionej  doniczki z żołędziami i ptaszkami między listkami, w kolorach: zielonym, granatowym, białym, żółtym i seledynowym, ze zróżnicowanym zestawem na poszczególnych kaflach o tej samej ornamentyce plastycznej. Spotykamy także wiele plastycznie wykonanych figur różnych zwierząt. Należą do nich : lwy, gryfy, jelenie w biegu, konie z jeźdźcami w biegu, czasami postacie z głową, szyją i częścią tułowia konia, a tylną częścią przechodzącą w rybę, oraz niekiedy smoki. Dalej występują kafle z kompozycjami figuralnymi o tematyce ludzkiej. Mniej liczne są z figurami geometrycznymi. Do ciekawszych okazów należą dwa duże renesansowe kafle. Na jednym z nich widzimy plastycznie wyciśniętego konia z jeźdźcem w stroju rzymskim, z zdobytym mieczem, w szybkim biegu czy raczej gwałtownym skoku. Nad jeźdźcem zachowany fragment napisu ( URCIUS). Całość polichromowana. Tło szafirowe, koń biały z żółtą uzdą, szata jeźdźca intensywnie zielona, spodnie i buty żółte, ziemia, na której wspina się koń tylnimi nogami, zielona. Niemniej interesujący jest zachowany, niestety we fragmencie, kafel z orłem. Tło seledynowe, plastycznie tłoczony orzeł w kolorze białym. Następny kafel tego samego typu co poprzednie, zachowany tylko w małym fragmencie, w kolorze seledynowym, szafirowym i białym, posiada część klucza i miecza złożonych na krzyż, co stanowi symbole św. Piotra i Pawła. Wiemy, że te dwie postacie związane są od najdawniejszych czasów z Bieczem. Występują one w pierwotnym herbie miasta i w polach bieckich pieczęci radzieckich i ławniczych. Być może jest to herb Biecza. Fragment tego kafla jest dla nas bardzo cenny, gdyż nasuwa przypuszczenie, że jest miejscowego wyrobu. Interesujące są także kafle, na których powierzchni widnieje plastyczny ornament przedstawiający Jozuego i Kaleba, niosących na drążku wspartym na ramionach duże winne grono. Motyw ten jest często w sztuce spotykany. Kolory kafli: białe tło, winne grono w odcieniu seledynowym, szaty postaci w tymże odcieniu, spodnie, drążek i kije, którymi się podpierają, granatowe, buty żółte. Należy podkreślić, że kafle bieckie mają wiele analogii z kaflami rzeszowskimi, jarosławskimi, krakowskimi i gorlickimi. Między kaflami z cytowanych miejscowości a bieckimi istnieje duże podobieństwo w motywach roślinnych, niekiedy i zwierzęcych. Występują również w Bieczu odpowiedniki pewnych kafli wawelskich, których powierzchnia imituje fragmenty dachu krytego dachówką, zwaną karpiówką. W kaflach bieckich polichromia dachówki jest trzykolorowa: żółta, zielona i biała. W wawelskich – wymiary dachówki są większe od bieckich. Dzięki znalezieniu nie wykończonych półfabrykatów,  mamy konkretne dowody, że ten rodzaj kafli wyrabiany był w  Bieczu na przełomie XVI i XVII w. W sąsiednich Gorlicach wśród bogatej kolekcji kafli, zgromadzonych w tamtejszym muzeum, można także doszukać się analogii z kaflami bieckimi. Mamy tutaj na myśli kafle z lwami, bardzo zbliżone do siebie, albo inne – z wyciśniętymi główkami aniołków, pod którymi występuje zdobnictwo w rodzaju balasek. Bieckie kafle pokryte są ciemnozieloną glazurą, podobnie też i gorlickie, a tylko niektóre z tych ostatnich są bez glazury. Należy przypuszczać, że pochodzą one z jednego warsztatu. Pewne analogie spotykamy także wśród kafli austriackich ze Styrii, i to zarówno wśród ornamentów roślinnych, geometrycznych, jak i z wyobrażeniami zwierząt. Podobieństwo występuje także w zdobnictwie o charakterze geometrycznym, tak w formach jak i kolorze. To samo widzimy w zdobnictwie o tematyce roślinnej. Chronologicznie odpowiadają jedne drugim. Przeprowadzone badania nad ornamentyką renesansowych ołtarzy, stall i innych rzeźb w kościele parafialnym w Bieczu oraz nad portalami i kolumienkami międzyokiennymi starych renesansowych kamieniczek bieckich – w celu uzyskania materiału porównawczego z ornamentyką kafli bieckich – przyniosły pozytywne wyniki. Wiele motywów, w większości roślinnych, czasami geometrycznych, występujących na wymienionych przedmiotach, spotyka się także w ornamentyce kafli bieckich. Szczególne podobieństwo istnieje między rzeźbami zwieńczającymi belkę tęczy w kościele i występującymi na XVII-wiecznych stallach – a niektórymi gzymsami zwieńczającymi piece. Nasuwa to przypuszczenie, że formy do wyrobu kafli mógł wykonywać, względnie projektować, ten sam mistrz, który wykonywał belkę w tęczy i stalle, a przedmioty te według wszelkiego prawdopodobieństwa są dziełem bieckiego mistrza. Na szczególną uwagę zasługuje seria kafli o charakterze ludowym, pochodząca najprawdopodobniej z przełomu XVIII i XIX w. W sumie jest ich 9, lecz nie wszystkie zachowane w całości. Znalezione zostały w powierzchniowych warstwach podczas prac ziemnych w 1958 r. w północnej pierzei rynku. Kafle te, o wymiarach 18X20cm, wykonane są – podobnie jak wszystkie inne – z gliny żelazistej o wypale czerwonym. Wszystkie posiadają gładka powierzchnię, glazurowana zielono w różnych odcieniach. Odrębność ich podkreśla sposób wykonania, polegający na zdobieniu rysunku za pomocą rylca na wilgotnej jeszcze powierzchni kafla. Wszystkie motywy zdobiące kafle są kompozycjami figuralnymi. Na kilku z nich widnieją postacie żołnierzy pieszych i konnych, na innych sceny rodzajowe z życia mieszczaństwa. Inne kafle z tego okresu są mało ciekawe. Posiadają one ornamentykę tłoczoną z formy, w postaci łukowatych linii, kwiatów o grubych surowych formach, czy innych mało subtelnych barokowych ozdób. Pokryte są białą polewą i powleczone szkliwem. Z późniejszych czasów posiadamy nieliczne okazy kafli. Powierzchnia ich jest niemal identyczna z powierzchnią pospolitej dachówki palonej lub w późniejszej cementowej. Odnosi się wrażenie, że forma tej dachówki wraz ze swoimi wymiarami znalazła zastosowanie w dekoracji kafli. Różnica między zewnętrznym wyglądem dachówki a kafli polega na tym, że kafle pokryte są białą polewą i szkliwem. Niewiele możemy powiedzieć, jak liczna była produkcja garncarzy bieckich. Sam fakt, że w Bieczu istniało ich kilku, może świadczyć o dużym zapotrzebowaniu środowiska na wyroby ceramiczne. Określona przez statut ilość jatek garncarskich, których nie mogło być więcej niż 8, daje także pewne pojęcie o wielkości produkcji. Istnienie bowiem takiej a nie innej ilości jatek wypływało przede wszystkim z zapotrzebowania społecznego na ten rodzaj produkcji. Niektórzy garncarze należeli do rzemieślników płacących najwyższe stawki podatkowe. Np. w 1616 r. dwaj Bartoszowicze, płacili podatku po 3złote, co było najwyższą stawką, inni natomiast tylko po 1złoty 15groszy, co równało się średniej stawce.  Fakty powyższe utwierdzają nas w przekonaniu o dużej produkcji ceramicznej w Bieczu. Na postawie dotychczasowych badań niewiele możemy powiedzieć o handlu wyrobami ceramicznymi. Jedyną wzmianką źródłową, i to pośrednią, o handlu wyrobami glinianymi jest wymieniony w inwentarzu Jana Bartoszowicza z 1644 r. „wóz do wożenia garnków, drabinny, koła bose. Wiemy, że Bartoszowicz mieszkał w Bieczu, więc wóz mógł mu być potrzebny jedynie do wożenia garnków po jarmarkach. Nieco więcej materiału posiadamy co do cen wyrobów glinianych. Jest to jednak materiał fragmentaryczny, nie zawsze dający dokładną orientację w jednostkowych cenach wyrobów. Należy zaznaczyć, że ceny tych wyrobów były bardzo płynne, mimo że wydawano taksy starościńskie regulujące ceny. Wiemy, że wzmiankowany poprzednio Grzegorz Stańczyk w 1646 r. „stargował […] garnków łagowskich półdziesiątej kopy po zł 6 bez groszy 10 za kopę”, ale i tej sumy nie chciał wypłacić, tylko niższą. Sam fakt „stargowania” przeczy istnieniu stałych cen. Wprawdzie w 1677 r., w myśl taksy starościńskiej dla powiatu bieckiego, garncarze mieli pobierać „za kufel zielony szklany 4 szelągi, za prosty gr1,  za garnek na 10 sztuk mięsa we środku oblewany alboli  szklany gr2, za mniejszy mniej, za donicę gr2, za prostę 5szelągów”, wydaje się jednak, że – mimo prób utrzymywania ze strony czynników nadrzędnych cen stałych- istniały duże odchylenia. Należy przypuszczać, że taksy te były tylko pewnym wskaźnikiem dla cen wolnorynkowych. Mamy także kilka wzmianek o cenach pieców i kafli. Z obdukcji domu Pawła Ostrowskiego w 1639 r. dowiadujemy się,  że stawianie nowego pieca kosztowało 16złotych. W 1592 r. w czasie remontu kamienicy Mikołaja Leszczańskiego, zapłacono „ za przełożenie pieca [..] i ułożenie kaflów w rzędów 5 zł 3 i pół”. Stanisław Pawlowic w 1640 r. dał „ od pieca do sklepu stawiania zł 4 co i kaflów przyłożył […] do tejże izdebki za piec zł 8”. Powyższe dane mogą nam dać bardzo ogólne wyobrażenie o cenach. Wiadomo jest, że zarówno wyroby garncarskie tej samej wielkości, jak i np. kafle z tej samej formy miały rozmaite wykończenie i stąd duża różnica w cenach. Kafel 3X3 nie glazurowane i malowane były o wiele droższe niż ten sam kafel czy garnek nie malowany i nie glazurowany. Użytkowanie wyrobów glinianych było niewątpliwie szeroko rozpowszechnione wśród ludności, mimo że przebadanie stu kilkudziesięciu inwentarzy mieszczan bieckich z XVI i XVII w. przyniosło niewiele wzmianek o naczyniach glinianych. W inwentarzach wymieniano przedmioty i naczynia cynowe czy miedziane, mające większą wartość, pomijano natomiast naczynia gliniane, które ulegały szybszemu zniszczeniu i nie posiadały trwalszej wartości. Wymieniano jedynie takie naczynia gliniane, które miały jakąś oprawę cynową. Np. z inwentarza Magdaleny Chodorowej z 1593 r. dowiadujemy się, że miała „zbanek gliniany z cynowym wiekiem”. Niemal wyjątek wśród licznych inwentarzy stanowi ten Anny kramarki z 1596 r., w którym wymieniono „garnków potylicznych 6 […] doniczę i dwa zbany”, a przeszło 150 lat później po Andrzeju Sandorskim zostało „misek kołaczyckich 5”. O piecach kaflowych spotykamy więcej wzmianek w obdukcjach domów mieszczańskich.
                Innym znaczącym ośrodkiem garncarskim był Stary Sącz. Najstarsza wzmianka dotycząca rzemiosła garncarskiego w tym mieście pochodzi ze „Źródeł dziejowych” Pawińskiego. Tutaj pod rokiem 1581 znajduje się krótka notatka że wśród 35 rzemieślników, którzy mieszkali i pracowali w ty mieście był jeden garncarz. Autor imienia ani nazwiska tego garncarza nie podaje, ale jeśli dożył on 1618 r., co jest prawdopodobne, można przypuszczać, iż był nim Wojciech Mądry. Pod ta data bowiem wspomina go Frankowic. Widać z tego, że rzemiosło garncarskie było w tym czasie w Starym Sączu słabo rozwinięte, a potrzeby samego miasta – na ówczas niezbyt wielkie, bo miasto liczyło w tym okresie nie więcej niż około 1136 mieszkańców wraz z dziećmi – mogły zaspokajać także wyroby z innych, dalszych ośrodków. Oczywiście nie jest wykluczone, że oprócz wspomnianego Wojciecha Mądrego w Starym Sączu pracowali jacyś inni, mniej znani garncarze. Ponieważ jednak nie było tutaj wtedy jeszcze garncarskiej organizacji cechowej, która rejestrowałaby rzemieślników tego fachu, trudno poprzeć to przypuszczenie rzeczowym dowodem. W rozwoju miejscowego garncarstwa nie stanowił przeszkody brak odpowiedniej gliny. Pod tym względem bowiem okoliczne tereny były dogodne do eksploatacji. Świadczy o tym chociażby zapiska z 1665 r. dokonana w księdze inwentarzowej kościoła parafialnego w sąsiednich Biegonicach własnoręcznie przez ówczesnego proboszcza, którym był ksiądz Adam Bydłoniewicz. Możemy w niej wyczytać że na terenie Biegonic wydobywano wtedy już odpowiedni do produkcji naczyń glinianych surowiec. Ponadto zapiska ta zawiera jeszcze inną cenną wiadomość. Podaje mianowicie, że w tymże roku w cechu było zarejestrowanych 3 garncarzy, przy czym cechmistrzem był niejaki Matias Szymański, mieszczanin starosądecki. Data wstąpienia tych garncarzy do cechu nie jest znana; prawdopodobnie dwóch z nich figurowało w spisie począwszy od dnia założenia cechu. Faktycznie bowiem został on zatwierdzony pod nazwą cechu wspólnego, do którego należeli także kowale, bednarze i ślusarze, dnia 16 grudnia 1638 r. przez ksienię Annę Lipską. Różne zapisy z lat późniejszych w księgach inwentarzowych czy cechowych miasta, poza wyszczególnieniem nazwisk garncarzy podają o nich właściwie niewiele bliższych szczegółów. Ale i te, które się zachowały, są cenne. Tak np. zapiski inwentarza z 1699 r. określają położenie majątkowe wymienionych tam z nazwiska 4 garncarzy, którzy z racji swego skromnego stanu majątkowego nie płacili konwentowi S. Klary w Starym Sączu żadnych należnych mu czynszów z placów i pól ani tez daniny. Garncarz Marcin Sławkowic bowiem nie posiadał żadnych nieruchomości, toteż brak tutaj nawet bliższego określenia, gdzie mieszkał; Franciszek Czarnota mieszkający w ulicy wiodącej od łaźni do św. Stanisława oraz Błażej Juszczyk przy ulicy św. Rocha posiadali tylko pół placu i dom, zaś Stanisław Lechnarowicz z ulicy św. Rocha był z nich „najbogatszy”, bo posiadał nad to ćwierć pola i 2 pręty.  Takie oto zapisy, które rzucają nieco światła na stan rzemiosła  garncarskiego w XVI i XVII w. udało się zebrać. Z wieku następnego natomiast  nie zachowały się, niestety,  żadne dokumenty wspominające o garncarstwie, duża ich bowiem część uległa zniszczeniu podczas ostatniej wojny. Stąd też lukę tę trudno czymkolwiek zapełnić poza przypuszczeniem, że skoro  w I połowie XIX w. garncarstwo nie upadło, lecz przeciwnie, rozwijało się coraz pomyślniej i coraz więcej zatrudniało ludzi, to początek tego rozwoju przypada właśnie nie później jak w ostatnich dziesiątkach lat XVIII w. Z nastaniem okupacji austriackiej po jakimś czasie zaprowadzone zostały jednolite, ogólnie obowiązujące przepisy austriackie w miejsce dawnych polskich, które były odmienne dla każdego rzemiosła. Patent Marii Teresy znosił tę różnorodność, a ustanawiał dla wszystkich rzemiosł jedne i te same warunki przyjęcia na naukę, jej koszt, czas i przebieg, wyzwoliny prawa ucznia i czeladnika, obowiązki majstra, częstotliwość spotkań cechowych itp. Patent ten  następnie szczegółowe przepisy ujmowały całe życie i działalność rzemieślników i cechów w ścisłe normy, nad którymi czuwały odtąd magistraty. Liczba majstrów garncarskich w XIX w. oczywiście nie była stała. Starsi z nich stopniowo wymierali, zaś napływ na naukę, która później doprowadzała uczniów do tzw. „wyzwolenia” i założenia własnego warsztatu, był dość duży. Dokument z lat od 1834 do 1844 świadczy nie tylko o tym, ale także i sytuacji majątkowej garncarzy, gdyż podaje on, ilu z pracujących wówczas 16 majstrów zatrudniało terminatorów. I tak: Jan Waligóra miał 2 uczniów,  Jan Borecki – 3, Jan Majewski także 3, Kondelowic – 2 oraz Wawrzyniec Zaręba i Wawrzyniec Sołtysikiewicz także po 2. Reszta majstrów, tj. Jakub Rejowski, Józef Koszowski, Antoni Kozerski, Ludwik Wolski, Bartłomiej i Wawrzyniec Barycze, Jacenty Rudzik, Jan Janikowski, Wincenty Majewski i Stanisław Mazurek nie mieli uczniów w ogóle. Część z wymienionych musiała tytuły majstrów utrzymać stosunkowo niedawno, bo zapis w księdze cechu kowalskiego, ślusarskiego i garncarskiego pochodzący z tychże samych lat,  tj. z czasu przed 15 grudnia 1836 r. wymienia tylko 9 garncarzy. Byli to : Jan Borecki, Marcin Słupnicki, Jakub Rejowski, Wawrzyniec Zaręba, Wawrzyniec Sołtysikiewicz, Marcin Młyński, Bartłomiej i Wawrzyniec Barycze oraz Antoni Kozerski. Z nich M. Słupnicki i M. Młyński w poprzednim spisie już nie figurują, podobnie jak nie czytamy tam nazwiska garncarza Pawła Starczewskiego, zanotowanego jako podcechmistrz w  Księdze Cechu Wielkiego pod datą 1842 r. Również w spisach z lat następnych pominięto Wincentego Młyńskiego, podanego w Księdze Cechu Wielkiego jako skarbnik w 1862 r. Widać stąd , że spisy obejmowały samych tylko majstrów, pomijały natomiast członków zarządu bądź komisji, także majstrów z zawodu, których nazwiska notowane były już na innym miejscu. Skutkiem tego niemal pod żadną datą nie można uzyskać pełnej ilości pracujących garncarzy. Pod wspomnianą powyżej datą 1836 r. zapisano, że Wawrzyniec Zaręba przyjmuje do terminu Jana Majewskiego i zobowiązuje się wobec cechu „ podać, uczniowi, sposób do wyuczenia się profesji garcarski” w przeciągu 6 lat oraz „ile możności i szczyrze i z tymże podług ludzkości tak wyżywieniu jako i edukacji profesji zachować się oraz przyodziać, wyzwoliny swoim sumtem sprawić i nowy surdut do wyzwolin ze swej własności temuż  dać przyrzeka”. Koszt utrzymania ucznia był więc dość duży. Majster obowiązany był nie tylko do wyżywienia i ubierania, ale nadto musiał własny, kosztem wyprawić uczniowi „wyzwoliny”. Nauka w tym czasie trwała 4, 5 lub 6 lat, przy czym wymagano, aby uczeń miał dwie klasy szkoły podstawowej, a przy wyzwoleniu świadectwo wieczorowej nauki kontrolowanej przez urzędnika magistrackiego. Opłata zaś za naukę wynosiła zwykle 2,5 złr. W owym czasie do cechu należeć mogli tylko rzemieślnicy, którzy mieli obywatelstwo miejskie. Jednak z notatki z 1858 r., rejestrującej polecenie burmistrza J. Zagórowskiego, wynika, że przepisu tego nie zawsze przestrzegano. Dlatego też przypomina on, iż kto nie ma obywatelstwa, temu nie przysługują prawa obywatelskie, a więc także i wykonywanie rzemiosła. Największy rozkwit rzemiosła garncarskiego przypada na ostatnie lata XIX w. Wówczas to ilość majstrów osiągnęła liczbę 17, co potwierdza spis z 1899 r. rejestrujący w Księdze Cechu Wielkiego wszystkich garncarzy z okręgu sądu powiatowego w Starym Sączu, a więc nie w samym tylko mieście. A oto i nazwiska: Wojciech Barycz, Wincenty Borkowski, Józef Gondek,  Michał Grabek, Michał Jarzębiński, Jan Kapciński, Michał Kasperek, Ignacy Majewski, Jan Majewski – cechmistrz, Michał Majewski, Antoni Misiewicz, Józef Nowak, Jan Rzaski, Michał Starczewski, Franciszek Wolski, Jozef Wolski, Kasper Ziębowicz. Ich stan majątkowy widocznie wówczas nie przedstawiał się źle, skoro później jednego z nich, Michała Majewskiego, stać było nawet na prowadzenie restauracji, którą miał we własnym domu. Od tego czasu liczba majstrów ustawicznie się zmniejsza. I tak w 1900 r. było ich już tylko 15, w roku następnym 12, potem 7. Około 1910 r. informator Stanisław Starczewski pamięta 8 garncarzy: dwóch Majewskich – jeden był cechmistrzem, Wincentego Kalisza, Wolskiego, Józefa Nowaka, Leszczyńskiego, Czarneckiego i swojego ojca, Michała. Trzy z tych nazwisk potwierdza księga cechowa, która pod datą 19 marca 1911 r. podaje następujący skład komisji egzaminacyjnej garncarzy: Fr. Leszczyński, Józef Nowak, Józef Majewski i Józef Żelazko. Fakt, że z biegiem lat liczba pracujących tutaj garncarzy zmniejszała się, znajduje również wyraz we wspomnieniach Józefa Bilińskiego. Pod koniec lat 50. XX w. pracowało jeszcze w zawodzie trzech garncarzy, przy czym tylko jeden z nich, Józef Biliński, był starosądeczaninem; pozostali zaś dwaj, tj. Ludwik Wilusz i Paweł Płaziak, przybyli tutaj z Kołaczyc. Józef Biliński pracownię swą odziedziczył po dziadku po kądzieli, Józefie Nowaku, drugim mężu babki. Jej pierwszy mąż, Franciszek Mirek, był także garncarzem kontynuującym dzieło swego ojca. Biliński nie pamięta imienia pradziadka, wie natomiast, że Józef Nowak nie był sądeczaninem, lecz przybył tutaj z okolic Jasła. Z tych samych stron pochodził Wincenty Kalisz. Nie jest też wykluczone, że garncarze: Koszowski, Kozerski, Rudzik, Kapciński, Leszczyński, Czarnecki i Żelazko są obcego pochodzenia, podobnie jak Nowak, Zaręba czy Gondek, których nazwiska często spotyka się i w innych okolicach. Przypuszczenie to potwierdza chociażby fakt, iż Józef Nowak był istotnie nietutejszy. Zresztą na podstawie znajomości dawnych starosądeckich rodów można wykazać, że pewne z nich, jak: Barycze, Boreccy, Borkowscy, Jarzębińscy, Kasperkowie, Majewscy, Mazurkowie, Rejowscy, Sołtysikiewicz, Waligóry, Ziębowicze, są w Starym Sączu znane z dziada pradziada, inne, jak: Kondelowic, Wolscy, Jankowscy, Grabkowie, Młyńscy, Misiewicze, Mirkowie, Słupnicy, Starczewscy, spotykamy nieco później (XVII – XIX w.), zaś wymienione na początku są zupełnie obce. Na podstawie podanych dotychczas spisów nazwisk nie trudno stwierdzić, że zawód garncarza utrzymywał się w poszczególnych rodach przez kilka pokoleń. Wytwarzane w Starym Sączu naczynia zaopatrywały całą Sądecczyznę, gdyż garncarze rozwozili je po wszystkich miejscach jarmarcznych. Józef Biliński podaje że poza sądeckim miejscowościami i okolicą, jak Nowy Sącz, Piwniczna, Zbyszyce, Limanowa, naczynia wywożono także i na Węgry, skąd przyjeżdżali kupcy i zamawiali przede wszystkim dzbanki i imbryki z wąskimi szyjkami na żętycę, dwojaki, formy do wypiekania ciast. Do Michała Starczewskiego np. przyjeżdżali stale kupcy z Krakowa i przez 6 lat z Krynicy. Starczewski wyrabiał przede wszystkim : garnki, garnuszki, miski, dzbanki, dzbany pasterskie ze spłaszczonymi brzuścami z jednej lub dwu stron, imbryki z wąskimi szyjkami, czyli tzw. bańki, dwojaki, wazony, formy do wypiekania ciast, zabawki dziecinne, jak piszczałki, mężczyzn na koniach, okaryny, których nie toczył na kole, tylko lepił w rękach, i „banie” na dachy. Wyroby te zdobił ornamentem wymalowanym zabarwioną glinką, używając motywów w postaci kwiatów, pasków, zygzaków; pomagała mu w tym żona. Stanisław Starczewski pamiętał, jak matka malowała naczynia kałamarzykiem, w którym miała rozrobioną glinkę pomieszaną z minią. Starczewski zdobił podobno swoje naczynia także fladrami, jednak, niestety, żaden z takich okazów się nie zachował. Do nadawania naczyniom połysku używał glejty ołowianej. Sprowadzali ją wówczas wszyscy miejscowi garncarze, podobnie jak glinkę i minię z Węgier; minii używali do barwienia glinki na kolor zielony. Powszechnie również używano do wyrobu naczyń gliny żółtej, którą kopano wówczas w Podgórzu; tylko Wincenty Kalisz wykupywał glinę z gruntów chłopskich- ta była ciemnawa i więcej tłusta, dlatego też naczynia Kalisza były lżejsze i bardziej udane. W ogóle Kalisz uchodził w tym czasie za swego rodzaju specjalistę. Nikt tak jak on nie potrafił utoczyć naczynia, aby było lekkie i gładkie, nikt tak jak on ich nie zdobił i nie uzyskiwał szkliwa o dużym połysku. To wszystko było jego tajemnicą, którą przywiózł ze sobą spod Jasła, gdzie uczył się u jakiegoś garncarza. Dlatego też nie chcąc zdradzać fachowego kunsztu nie zatrudniał czeladników – pracował sam. Do niego zjeżdżały wycieczki szkolne, aby zwiedzić pracownię i obejrzeć wyroby, zjeżdżali  także liczni kupcy. Wspomniany już wcześniej Józef Biliński, którego warsztat mieścił się przy ul. Chrobrego 17, poza naczyniami użytkowymi, jak garnczki, miski, dzbany, doniczki, garnki – dwojaki, dzbany tzw. „bacowskie”, czyli pasterskie, o spłaszczonych brzuścach, a służące do noszenia mleka z szałasów oraz misy o ukośnie rozchylonych brzegach, tzw. „orawki”, wychodziła również tzw. galanteria ceramiczna, tj. najróżniejsze figurki, czarki, popielniczki, skarbonki, miniaturowe naczyńka stanowiące zabawki dla dzieci, i wielkie ni to puchary, ni wazony o przeróżnej formie, których głównymi motywami zdobniczymi były ornamenty figuralne w postaci ludzi i zwierząt. Wyroby Bilińskiego odznaczały się ładnym i starannym wypałem. Ornamenty na naczyniach nie były wyszukane, chociaż dość różnorodne. Różnorodność tę ułatwia oczywiście korzystanie z rzemieślniczych technik zdobniczych, jak fladry, mazajki, marmurki, spuszczanie i ryt, które pozwalają na dowolność i swobodę. Garncarze sądeccy wytwarzali także inne przedmioty jak np. Ludwik Wilusz , poza zwykłym asortymentem, wykonywał również podstawki na fotografie czy wazony na kształt dębowego pnia.
                   Prężnym ośrodkiem garncarstwa były również Kołaczyce. Produkowano tutaj wyłącznie ceramikę czerwoną, przeważnie glazurowaną, często zdobioną malaturami. Najstarsze naczynia znalezione na tym terenie nie sięgają wstecz poza wiek XVIII. Bogata dekoracja wyrobów kołaczyckich jest również stosunkowo młoda. Tradycja wiąże ją z pracownią żyjącego w II połowie XIX w. Pawła Kołeczka, który pierwszy zastosować miał niektóre techniki dekoracyjne. Na przełomie XIX i XX w. do najwybitniejszych garncarzy zaliczał się Leon Lejpras, syn Francuza, majstra tkackiego sprowadzonego z początkiem XIX w. do fabryki tkanin w Nawisu Kołaczyckim. Uczył się on zawodu w Kołaczycach u garncarza Dygasa. Wyroby Lejprasa wyróżniały się bogatym zdobnictwem. Poza naczyniami użytkowymi wykonywał on również galanterię glazurowaną, a nawet próbował swych sił w rzeźbie. Kołaczyccy garncarze wyroby swe sprzedawali na targach i jarmarkach w Tarnowie, Pilźnie, Dębicy, Strzyżowie, Rymanowie, Gorlicach, Nowym Sączu, Jaśle, a przed I wojną światową również w Bardjowie i Stropkowie (dzisiejsza Słowacja). Sprzedawaniem wyrobów zajmowali się bądź sami wytwórcy, bądź kupcy-pośrednicy nabywający hurtem cały wypał. Kwitła też sprzedaż domokrążna, uprawiana przez żony uboższych garncarzy czy też drobnych handlarzy, którzy w płachcie na plecach nosili na sprzedaż naczynia gliniane, krążąc po wsiach w niewielkim promieniu od miejsca produkcji.
               Oprócz miast rzemiosło to  rozwijało się również na wsiach, na terenie powiatu gorlickiego znajdowało się kilkanaście takich ośrodków. Z ważniejszych należy wymienić Rzepiennik Biskupi gdzie jeszcze w końcu XIX w. pracowało kilka rodzin garncarskich. W II połowie XX w. pracowali tutaj jeszcze dwaj bracia Jan i Roman Zaprzała, którzy stanowili co najmniej trzecie pokolenie garncarzy w swojej rodzinie. Wyrabiali oni użytkową ceramikę glazurowaną, zdobioną za pomocą pobiałki, o niewielkiej stosunkowo wartości artystycznej, oraz – sporadycznie – rzeźby figuralne i drobną galanterię ceramiczną w postaci flakonów, skarbonek, gwizdków itp. Innym większym ośrodkiem garncarskim była Stróżówka, gdzie jeszcze z początkiem okresu międzywojennego czynnych było podobno kilkanaście warsztatów garncarskich. Z innych pomniejszych ośrodków warto wspomnieć o Dominikowicach, gdzie jeszcze w pierwszych latach XX w. czynne były dwa warsztaty, prowadzone przez braci Cetnarowskich. Wyrabiano tu ceramikę użytkową m.in. garnki, dwojaki, dzbanki, miski, skarbonki. Wszystkie produkty były glazurowane, czasem malowane w białe wzory. Wyroby te odbierali handlarze z Uścia Gorlickiego, Zdyni, Jasła, Grybowa, Wysowej, sprzedawano je także na odpustach w Kobylance. Również w Szalowej wyrabiano glazurowaną ceramikę użytkową, czasem zdobioną malaturami, a mianowicie garnki, miski „noszoki” (dwojaki i trojaki), durszlaki, doniczki, także drobną galanterię ceramiczną (m.in. ozdobne kule na dachy i ogrodzenia). W pomniejszych miejscowościach jak: Łużna, Mszanka, Glinik Mariampolski, Rożnowice, Racławice, Olszyny, Zagórzany ,Bystra, Klimkówka pracowało po jednym garncarzu. Większość nazwisk tutejszych garncarzy została zapomniana, wyrabiano tutaj głównie ceramikę użytkową.
               Proces technologiczny w każdym warsztacie garncarskim wyglądał podobnie. Na początku należało przygotować glinę, czynność ta była żmudna i wymagała dużego nakładu pracy, dlatego też stanowiła zasadnicze zajęcie terminatorów. Glinę wykopywano jesienią, potem zsypywano na kopiec i tak przetrzymywało się na wolnym powietrzu bez przykrycia przez całą zimę, nawet aż do drugiej jesieni. Przez ten czas mokła ona na deszczu, a gdy rok był suchy, to dodatkowo jeszcze polewało się ją wodą; pod działaniem mrozu – kruszała. Następnie w zależności od potrzeby pobierało się ją partiami, tłukło i mieliło w maszynie, często nawet dwukrotnie, aby oszczędzić sobie pracy przy ręcznym wyrabianiu. W czasach, gdy nie znano jeszcze maszyny glinę strugano ośnikiem. Po zmieleniu glinę wyrabiało się jeszcze nieco rękami, tak jak ciasto, najczęściej na ławie garncarskiej, i przygotowywało się odpowiedniej wielkości porcje potrzebne do wyrobu poszczególnych przedmiotów. Narzędziami pracy garncarzy były: koło garncarskie, nożyk i drucik. Nożyk była to prostokątna, niewielka i cienka drewniana płytka z okrągłym otworem pośrodku, której używało się do wygładzania toczonych naczyń i zgarniania resztek gliny, drucik zaś służył do odlepiania naczyń od kręgu po ich utoczeniu. Jak pamięć ludzka sięga używano od dawna koła bezsponowego. Jego poszczególne części w miejscowej gwarze zwą się: „główka”, czyli koło górne, „spodzień”, tj. koło dolne, „pręt”, czyli oś, „łapka”, utrzymująca koło w pionie i łącząca je z ławką, na której siedzi garncarz. „Główka” koła wykonana była z dwu sklejonych ze sobą desek – wierzchniej dębowej lub jesionowej i spodniej z miękkiego drewna, np. sosnowego. Do spodniej deski „główki” przyśrubowany był tzw. „rak”, tj. żelazny krzyż z otworem w środku, w którym uchwycona była ruchomo górna część „prętu”. „Pręt” przechodził przez łapkę do ziemi. Dla ułatwienia i złagodzenia  obrotów koła „pręt” w „łapce” chodził w łożysku kulkowym lub  w tzw. „pręcisku”. Było to udoskonalenie, które wprowadzono w ostatnich dziesiątkach lat, jako odzwierciedlenie i wynik postępu technicznego. Mając przygotowane odpowiedniej wielkości gały gliny, które stanowiły miarę potrzebną na utoczenie jednej sztuki naczynia, garncarz zasiadał za kołem i zabierał się do pracy. Gałę taką kładł na „główkę” koła, po czym uderzając bosymi nogami w „spodzień” wprawiał je w ruch obrotowy. Koło kręciło się raz wolniej, raz szybciej w zależności od potrzeby. Zwilżając ręce i glinę w trakcie tego obrotu garncarz modelował naczynie, tzn. nadawał glinie rozmaite kształty: wyciągał ją, czynił pękatą, to znów spłaszczał. Wyglądało to tak, jak gdyby surowcem była nie glina, lecz guma. Po wyrobieniu naczynia suszyło się, a następnie polewało wodą, w której była rozmieszana mąka. Następną czynnością było posypanie całego, lub części naczynia roztartym tlenkiem ołowiu. Tlenek ołowiu przygotowywało się w ten sposób, że topiło się go w garnku żelaznym aż stawał się sypki. Tak uzyskany produkt tarło się na miałki proszek na okrągłym kamieniu dla wygody ustawionym na stołku. Proszkiem tym posypywano naczynia za pomocą blaszanego sitka zaopatrzonego dziurkami w dnie. Ewentualne zdobienia na naczyniach wykonywano po pierwszym podsuszeniu. Istniały różne sposoby zdobienia naczyń m.in. rysowanie, czyli właściwe malowanie różnych motywów oraz „rzucanie nieregularnych plam” na tło naczynia.
               Do malowania używano nie glejty ołowianej, lecz glinki białej lub ciemnej i dopiero ją barwiło się rozmaitymi dodatkami na odpowiednie kolory. Glinkę białą sprowadzano niegdyś z Czech, ciemną natomiast uzyskiwało się ze zwykłej gliny garncarskiej rozrzedzonej w wodzie z domieszką „żelaziaka”, czyli rudy żelaznej. Poza „żelaziakiem”, który dodany do glinki tworzył farbę rdzawobrązową, jako domieszek używano jeszcze: tzw. „dzikówki”, czyli „braunsteinu” – czarnego kamienia występującego na polach, a barwiącego na ciemny brąz wpadający nawet w czerń, tzw. „bromrutu”, czyli żółtej glinki. Aby otrzymać kolor zielony używało się „zyndry” miedzianej. W ogóle „zyndra”, czyli osad powstający na metalach takich jak miedź, mosiądz, żelazo – był barwnikiem uniwersalnym, którego dodawało się do farby i do glazury. „Zyndrę” tak jak i inne dodatki barwiące mieliło się w żarnach, przesiewało przez sito i rozpuszczało w wodzie. W zależności od ilości „zyndry”, czy innej domieszki, można było otrzymać stopniowanie kolorów – od jaśniejszego do ciemnego. Farby malarskie nie nadawały się do malowania naczyń, ponieważ nie były ogniotrwałe. Osobą która najczęściej zajmowała się malowaniem naczyń, była przeważnie żona garncarza, która wykonywała to z wielką wprawą i po części mechanicznie. Malowano wprost na podeschniętym naczyniu trzymając je w lewej ręce od wewnętrznej strony brzuśca, prawą kreślono wzory pisakiem, przy czym duże kropki i płatki kwiatów rozmazywano palcem. Różnorodność motywów zdobniczych była dość duża. Oprócz powszechnie występującej linii prostej i falistej przechodzącej w ząbki, krokiewek, kropek i packów oraz krzyżyków, występowały także motywy które miały swoje specjalne nazwy jak: listki, astry, winogrona, wianuszki, rybia łuska, pajączki, patrzący itd. Poza malowaniem odręcznym różnych motywów zdobniczych, praktykowano jeszcze inne garncarskie techniki, a to: mazajkę, marmurek, spuszczanie i fladry. Mazajkę czyli zalewanie wykonywało się w ten sposób, że podeschnięte naczynie oblewało się glinką, a potem farbą z kałamarzyka wprost na mokrym robiło się packi, które zlewały się z ową mokrą glinką. Czasami po zrobieniu packów jeszcze raz się zalewało, tzn. zdobione naczynie wkładało się do większego naczynia, gdzie znajdowała się farba lub glinka, i od razu się je wyciągało. W ten sposób farby wraz z glinką jeszcze bardziej się zlewały. Podobnie uzyskiwało się marmurek: w dość dużym naczyniu było rozrobione „tło”, czyli czysta glinka lub farba. Do niego z kałamarzyków wpuszczało się po parę kropel kilku kolorów farb, które były rzadsze od „tła” i nie rozpuszczały się w nim. W tak przygotowanym roztworze zanurzało się podeschnięte naczynie, wyciągało się od razu po zanurzeniu i na jego powierzchni tworzyły się różnokolorowe, niekształtne plamy, czyli właściwy marmurek. Spuszczanie z kolei wykonywało się w ten sposób, że podeschnięte naczynie polewało się farbą, stawiało na kole, które wolniutko się obracało i z góry puszczało się na mokre jeszcze naczynie po kropli farbę innego koloru. Farba momentalnie spływała po tle na dół tworząc pionowe równe paski, w równych odstępach. Paski mogły być w różnych kolorach, zależnie od ilości użytych farb. Oczywiście gęstość farby zasadniczej i farb użytych na paski była różna i dlatego nie zlewały się one ze sobą. Fladrowanie wykonywano w ten sposób, że podeschnięte naczynia polewało się farbą, a potem stawiało na kole, którym powoli się obracało. W trakcie tego obrotu inną farbą, rozprowadzoną z kałamarzyka, zataczało się w równych odstępach kręgi, posuwając się od dna naczynia ku górze. Następnie z kałamarzyka z tą samą lub inną farbą puszczało się od góry w równych odstępach po jednej kropli, jak przy spuszczaniu. Krople te spływając ku dołowi pociągały za sobą farbę z kręgów i w ten sposób tworzyły razem fladrę. W zależności od kolorów i gęstości farb można było tą droga uzyskiwać nie tylko fladrę w postaci łuski rybiej, ale i pawich piór oraz różnych innych kombinacji. Ostatnim wreszcie sposobem zdobienia naczynia był ryt. Ornament ryty był jednak mało urozmaicony, a powtarzający się stale motyw stanowiła linia falista bądź listki i gałązki. W rozmieszczeniu motywów zdobniczych, zwłaszcza przy malowaniu odręcznym i rycie, dają się zauważyć następujące układy kompozycyjne: pasowy poziomy – okalający naczynie wokół brzuśca przede wszystkim w najszerszym jego miejscu, bądź bezpośrednio poniżej brzegu naczynia, pasowy pionowy biegnący od brzegu do dna w rytmicznych odstępach, centryczny – zwłaszcza na talerzach, i luźny – po obydwu stronach naczynia nie zawsze przestrzegający symetrii. Ornament wyraźnie odcina się od zasadniczego tła, przy czym często wykonany jest w dwóch kolorach – żółtym i ciemnobrązowym. Również przy zastosowaniu zdobniczej techniki spuszczania czy fladrowania można mówić o pasowym pionowym układzie kompozycyjnym i rytmice. Przy użyciu natomiast pozostałych dwóch technik kompozycja jest przypadkowa i w grę może tutaj wchodzić tylko dobór poszczególnych barw. Ozdobione i wyschnięte ponownie naczynia glazurowało się, a potem wypalało w piecu. Galanterię wypalało się dwa razy, tzn. raz po wyschnięciu malatury, bez glazury, drugi raz po glazurowaniu, którego dokonywało się dopiero po pierwszym wypale. Piec znajdował się bądź w osobnym pomieszczeniu, bądź też w samej pracowni garncarza. Nie wszystkie piece były zbudowane jednakowo. Spotykało się m.in. takie o podstawie koła, którego średnica równała się zazwyczaj wysokości (około 180cm), z czterema paleniskami umieszczonymi u podstawy na krzyż, z kwadratowym otworem z przodu na środku, z czterema na krzyż „luftami” powyżej tego otworu i z kopulastym sklepieniem, w którym asymetrycznie umieszczony był na zewnątrz kanał połączony rurą z kominem, bądź też odprowadzający dym bezpośrednio tą rurą. Wewnątrz pieca wokół podstawy, znajdowała się wysoka na szerokość cegły ścianka, tworząca tzw. „drogi”, która odgradzała wypalane naczynia od bezpośredniego zetknięcia się z ogniem.

              Garncarstwo nie było bardzo dochodowym rzemiosłem co moglibyśmy wnioskować po pozostałych po tym fachu przysłowiach jak np. „Garncarz z błota narobi złota”, aczkolwiek wytwórcy nie żyli w biedzie. Jednak od przełomu XIX i XX w. w skutek napływu fabrycznych przedmiotów, jak również obserwowanej w wielu rodzinach niechęci do kontynuowania tego rzemiosła ulegało on postępującemu zanikowi. Po chwilowym odrodzeniu po II wojnie światowej, począwszy od lat 70. proces nadal postępował. W chwili obecnej tradycyjnym wyrobem produktów glinianych zajmują się stosunkowo nieliczne osoby, wśród których warto wspomnieć o Janie Wiluszu ze Starego Sącza.  

Zostań Patronem Z Pogranicza