czwartek, 4 marca 2021

J. Madej, Jasiek z Jedlinek. Obrazek historyczny - opowiadanie prasowe z roku 1909. Część II.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

 








JASIEK Z JEDLINEK

OBRAZEK HISTORYCZNY

Skreślił Jakób Madej

Poseł do Rady państwa.

 

(Ciąg dalszy.)

 Część II.


Smutno było w chacie Mateusza po odjeździe Jaśka. Wprawdzie Anusia przyszła do siły i zdrowie miała napowrót dobre, rumieniec na nowo krasił jej lica, lecz tęsknota i zadumanie usiadły na jej czole i jak dawniej umiała się bawić w gronie rówieśnic, tak teraz unikała zabaw i tylko z najbliższą przyjaciółką, Halinką z Depczyny, rozmawiała i z nią wolne od pracy chwile spędzała. Najpewniejsze zaś ukojenie w smutku znalazła w modlitwie i przd obrazem Matki Boskiej składała swoje tęsknoty, często też zachodziła do Brzysk, gdzie w kościele parafialnym w pokornej prośbie błagała Boga o szczęśliwy powrót dla Jaśka.

Było to dnia 15 lipca 1410 r. Między Grunwaldem a Dannenbergiem przyszło do bitwy, stoczonej przez wojska polskie z Krzyżakami. Uprzedziła bitwę straszna burza, która trwała całą noc i do białego dnia się przeciągnęła. Wojsko polskie przygotowało się do rozprawy spowiedzią, a potem zajęli swoje miejsca. Polacy mieli około 50.000 jazdy, Litwini wraz z Rusinami około 30.000, posiłki zaś czeskie i wojsko piesze wynosiły ze 20.000.Z przeciwnej strony stanęło blisko 100.000 doborowego rycerstwa niemieckiego na polu walki. Nad całem wojskiem miał naczelne dowództwo król Jagiełło, który na prawem skrzydle umieścił Litwinów z Rusinami, pod ks. Witoldem, a w środku ustawił najlepsze polskie rycerstwo. Niemcy obrali sobie stanowisko na wzgórzu; radzi zapewnionego sobie stąd zwycięstwa, czekali na zaczepkę polską.

Już wszystko było gotowe do boju, ale król jeszcze nie kazał trąbić na bitwę, lecz słuchał mszy św. w namiocie, a potem modlił się gorąco a długo.

Niecierpliwili się Polacy i rwali się do boju; Jagiełło jednak modłów swoich nie przerywał. W tem przybyli dwaj krzyżacy od wielkiego mistrza i prosili o przesłuchanie. Król przyjął wysłańców. Przynieśli oni dwa długie miecze, krwią ludzką już zbroczone, jeden dla Jagiełły, drugi dla Witolda, przyczem jeden z gońców dodał szyderczo: „Jeśli wam pola do walki nie staje, to go chętnie, ile potrzeba, ustąpimy”.

– Mam ja dostatni oręż – odrzekł Jagiełło – jednak przyjmuję, co mi na wzgardę przyszłano, a w czem ja widzę pewną wróżbę zwycięstwa – zwyciężony bowiem oddaje miecz zwycięzcy.

Odprawiono posłańców. Minęło południe. Burza zupełnie ucichła. Nastał wielki upał. Król dał znak do bitwy.

Trębacze zadęli w trąby, rycerstwo polskie zaśpiewało pieśń: „Boga Rodzico, Dziewico, Bogiem sławiona, Marjo”.

 Nasamprzód uderzył Witold ze swoimi Litwinami i Rusinami, Litwini jednak, lekko uzbrojeni, nie wytrzymali strasznego cięcia krzyżackich mieczów i poczęli w nieładzie uciekać, Rusini zaś nie zeszli z pola, ale zajadle walczyli. Teraz polskie wojska pośpieszyły do boju. Działa grzmią, właśnie po pierwszy raz w Polsce do użycia wprowadzone, rycerze wpadają na siebie z długiemi dzidami, uderzają ciężkimi mieczami o żelazne pancerze i tarcze, któremi zasłaniają się walczący, to znowu świszczą strzały z łuków wypuszczane, a piesi żołnierze walą przeciwnika toporem lub ciężkim młotem. Zwycięstwo przeważ to na jedną, to na drugą stronę.

Tymczasem Witold naprawił swoje szyki a połączywszy się z polskiem rycerstwem i z czeskiem, uderza ponownie na Krzyżaków. Polaków ogarnia coraz większy zapał, jazda polska depce wszystko, siecze, wali, Krzyżacy albo trupem padają albo rzucają broń i w niewolę się oddają.

Po kilku godzinach walki, Polska wielki tryumf odniosła. Czterdzieści tysięcy Krzyżaków legło na pobojowisku, drugie tyle dostało się do niewoli. Zginął wielki mistrz Ulryk von Jungingen, legli wszyscy więksi dostojnicy i wodzowie zakonu, cały obóz krzyżacki dostał się Jagielle. W obozie była niezliczona ilość powrozów i łańcuchów, które krzyżacy przygotowali do wiązania jeńców polskich, a także wielkie zapasy oręża, wina i żywności.

W czasie bitwy stał Jagiełło na koniu, na wzgórku i stamtąd kierował wszystkiem. Zobaczył króla Dypold von Kikierde, w białym kapturku na głowie, z pręgą złota na zbroi i wprost uderzył. Jagiełło zasłonił się mężnie kopją, jednak byłby może legł z ręki Niemca, gdyby nie młody rycerz Zbigniew Oleśnicki, który Krzyżaka z konia zwalił, król wtedy napastnika ugodził w skronie kopją, a orszak królewski go dobił.

Po skończonej bitwie ukazał się Jagiełło na pobojowisku, kazał odprawić uroczyste nabożeństwo za poległych, nad ciałem wielkiego mistrza uronił łzę i pozwolił w Malborgu pochować, zdobycz zaś wojenną, zostawioną przez Krzyżaków, polecił między wojsko rozdzielić.

 

***

 

A cóż się z naszym Jaśkiem stało? Otóż z początkiem bitwy ogarnął go strach okrutny, lecz gdy sobie przypomniał, co mu na pożegnanie Anusia powiedziała, gdy obudziła się w nim wrodzona odwaga i ta mazurska zaciętość, rzucił się na Krzyżaków i począł na wszystkie strony rąbać toporem, a im więcej ciął, tem większa opanowała go wściekłość na tego wroga, który tyle klęsk zadał Polsce, zapomniał o Anusi, o Ujeździe, o wszystkiem, a tylko pragnął jak najwięcej namordować Niemców, rąbał więc zapamiętale, tak, że rozłupane łby niemieckie, odrąbane ramiona, pogruchotane zbroje krzyżackie znaczyły drogę, którą przebywał między nieprzyjacielskimi szeregami. Umazany krwią szwabską, podobny był Jasiek raczej do jakiego czeladnika rzeźnickiego, niż do parobczaka z Ujazdu. Dopadł jakiegoś Krzyżaka w hełmie pozłocistym, w zbroi złotej, na wspaniałym koniu, zamierzył się toporem, rozpłatał Krzyżaka od głowy na dwoje i jak wicher poleciał dalej, i tak szalał aż do końca bitwy.

Wtedy rzucił się pod krzakiem brzeziny, umęczony, uziajany, usmarowany i kontent z siebie, zasnął wkrótce twardo, jak kamień.

Walecznego Jaśka widział dobrze ze wzgórka król Jagiełło. Gdy więc na drugi dzień król wymierzał różne nagrody między rycerstwo i żołnierzy, nie zobaczył nigdzie Jaśka, kazał go zatem przed siebie przywołać. Szukają Jaśka wszędzie, a on najspokojniej śpi pod brzeziną. Zdziwił się bardzo, gdy mu oznajmiono, że go król widzieć żąda, nie mogło mu się w głowie pomieścić, żeby taki wspaniały król pragnął poznać biednego chłopinę, ale poszedł.

Jagiełło, zobaczywszy Jaśka, uśmiechnął się łaskawe i zapytał, skąd jest i jak się zowie. Jasiek, zatrwożony i nieśmiały okrutnie, skłonił się niziutko i rzekł:

- Jestem Jasiek z Jedlinek, ze wsi Ujazdu, niedaleko Biecza.

- Widziałem – ciągnął dalej król – jak dzielnie uwijałeś się w boju, takie czyny nie mogą pozostać bez nagrody. Będziesz więc policzony w poczet rycerstwa i szlachty, a prócz tego otrzymasz wyposażenie stosowne do twojego nowego stanu.

Pokłonił się znowu Jasiek do samej ziemi królowi i śmiało mówił:

- Miłościwy królu i panie! Rozumiemci ja, że to wielki honor należeć do szlachty polskiej, ale ja w mojej prostej chłopskiej duszy myślę, że nie mniejszy honor być poczciwym polskim chłopem.

- Dlatego, miłościwy królu, dziękuję ja Ci za taką o mnie pamięć i taką dla mnie łaskawość, ale zarazem najpokorniej przepraszam, że szlachectwa nie przyjmę, bo chcę być całe życie chłopem, a także i za majątek dziękuję, bo to, co mię czeka w Ujeździe, wystarczy z Bożą pomocą dla mnie i mojej rodziny. A i to jeszcze dodać muszę, że ja tu nie dla nagród przyszedłem bić wroga, ale jako syn tej matki ziemi, spełniłem swój obowiązek i z tego jestem dumny, że chociaż chłop, nie mniej kocham ojczyznę, jak i szlachta.

Zdumiał się król na taką mowę Jaśka, spojrzał po rycerzach, nareszcie po chwili odezwał się:

- Wielka w tobie, Jaśku, siedzi dusza, a ja tylko dodać mogę, niech cię Bóg dalej w życiu błogosławi. Chociaż nie chcesz żadnej nagrody, to myślę, że pamiątkę jakąś z tej sławnej po wieki bitwy przyjmiesz – weźże zatem konia i zbroję po tym Krzyżaku, któregoś tak gracko ułożył, a o którym nawet nie wiesz, że to był jeden z największych dostojników zakonu.

Uśmiechnął się na to Jasiek, bo sobie przypomniał, że miałby się czem przed Anusią przekazać, gdyby tak wziął ową zbroję – ucałował podaną sobie dłoń króla, zabrał przeznaczone dla siebie przedmioty i udał się w stronę, gdzie obozowało piesze wojsko polskie.

 

Pewnego ciepłego dnia w październiku tego samego roku, niezwykły ruch panował koło kościoła w Brzyskach. Między gromada świątecznie ubranych włościan widać było kilkunastu w zbrojach błyszczących rycerzy, wesoły wyraz. Nareszcie z gromady tej wysunął się orszak weselny, na którego czele kasztelan z Biecza i starosta z Golerza prowadzili pannę młodą, śliczną dziewoję wiejską, znaną nam Anusię, córkę Mateusza z pode dworu z Ujazdu. Za nimi postępował pan młody, Jasiek z Jedlinek, którego podtrzymywały pod rękę rówieśniczki Anusi, przednie druchny, Halinka z Depczyny i Julka Mrozianka.

Stanęli państwo młodzi przed ołtarzem a tak do siebie przypadli, tak dobrani, że ludzie wprost oczu od nich oderwać nie mogli.

Skromnie i nieśmiało wypowiedziała słowa przysięgi ślubnej Anusia, a kiedy i Jaśkowe wyrazy przebrzmiały, zabrał głos kasztelan i mówił:

- Nie ten jest prawdziwym szlachcicem, kto szlacheckie imię nosi, ale ten, kto szlachetnymi czynami między innymi umie się odznaczyć. Obecny nam tu młody, Jasiek z Jedlinek, odwagą swoją, męstwem i walecznością nieustraszoną w wiekopomnym boju pod Grunwaldem, jakoteż zacnością i szlachetnością swojego charakteru odznaczył się przed innymi, toż miłościwy nasz król Władysław Jagiełło polecił mnie i panu staroście z Golerza, abyśmy przy tej dzisiejszej weselnej uroczystości asystowali i te wspomniane cnoty przynajmniej w części uczuli. Czynimy to więc z największą naszą radością i zarazem składamy życzenia, aby Wszechmocny zesłał na dom Jaśka błogosławieństwo swoje a imię jego takie poczciwe, aby jak najdłużej w potomności przetrwało.

Po skończonym obrzędzie kościelnym zabrało grono weselne ze sobą księdza proboszcza i podążyło do Ujazdu. W przedzie hasali na koniach swatowie, którymi byli zuchy parobczaki, towarzysze Jaśka w potrzebie Grunwaldzkiej, a którzy przeprowadzali weselników do chaty Mateusza, gdzie odbyła się zabawa, piękna i huczna, jakiej przedtem ani potem Ujazd nie pamięta.

I dziś polska ziemia ma różnych zewnętrznych i wewnętrznych wrogów, którzy jej wielkie szkody wyrządzają. Z nieprzyjaciółmi tymi my chłopi walczyć dziś musimy i nam trzeba, jak Jaśkowi, odwagi, męstwa i szlachetności charakteru. Walka dzisiejsza nie odbywa się orężem, lecz pracą, pracą ciężką, pracą polegającą na wzajemnem zaufaniu i ciążących na nas obowiązkach. Nie dzielmy się, my chłopi na partje, nie patrzmy na siebie zawistnem okiem, ale pomnijmy, że w jedności i zgodzie nasza siła, dążmy odważnie i stanowczo do wytkniętego celu, a da Bóg, może w niedalekiej przyszłości sprawimy naszym wrogom nowy Grunwald.   



<<< CZĘŚĆ PIERWSZA <<<




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza