sobota, 9 marca 2019

Mordercze walki o wąwóz dukielski - wspomnienia z roku 1915. Część III.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Mordercze walki o wąwóz dukielski.

Z listów podoficera – Polaka.

III.


            Zapadał właśnie zmierzch burzliwego dnia zimowego. Wicher wył przeraźliwie, a gęsta zawieja śnieżna- zapełniła zupełnie horyzont. Nie sposób było patrzeć na oczy w stronę burzy. Lodowaty wiatr mroził krew w żyłach.
            W sam raz wyborna pora dla Moskali do podjęcia szturmu. Jestto już ich zwyczajem, że zawsze w taką szaloną  wichurę podejmują zacięte ataki. Im gorszy czas, tem bardziej srożą się ich napady.
            Więc i teraz spodziewaliśmy się ich na pewno. Byliśmy na ich przyjęcie doskonale przygotowani. Znakomite rowy strzeleckie i płoty z kolczastego drutu, dawały nam silne oparcie się przed nagłymi atakami nieprzyjaciela. Na spadzistych stokach góry, przygotowane stały ogromne głazy kamienne i kłody drzewa do stoczenia na zbliżającego się z dołu nieprzyjaciela. A w lesie i na wielu punktach, gdzie spodziewaliśmy się silniejszego starcia, założono miny. Powitanie więc Rosyan musialo być „gorące”. Czekamy, wytężając w ciemną dal oczy, wypatrując wroga, kiedy wreszcie patrole dadzą znać, że nieprzyjaciel z wielką siłą zbliża się do wzgórza.
            Chociaż próbowali zaskoczyć nas niespodzianie, nie udało im się podejść cicho pod nasze pozycye. Między nimi a naszemi patrolami wywiązały się ostre potyczki. Zrobił się alarm porządny.
Przyjęliśmy nadchodzących „gości”przyzwoicie jak należało.
            Pierwsze ich szeregi skoszone zostały w lot ogniem karabinów ręcznych i maszynowych, na idące za nimi dalsze rezerwy, potoczyły się w dół ogromne bryły kamienne i liczne kłody. A każde rozstawione straże doniosły,  że na podminowanym obszarze skrupiły się większe grupy nieprzyjacielskie, nastąpił straszny wybuch min.


Zdjęcie opublikowane w prasie 13.03.1915.


         




           





















               Co się wówczas działo trudno opisać. Długą chwilę słychać było tylko rozdzierające powietrzem jęki, głosy trwogi, trzask karabinów i huk toczących się kamieni. Atak rosyjski złamał się zupełnie. Z bagnetem w ręku oczyściliśmy kawał zbocza górskiego. Dalszy nas postęp wstrzymany został  z rozkazu komendy.. Nieprzyjaciel nie mogąc zdobyć wzgórza od frontu, pchnął teraz główne siły na prawo, ażeby zaatakować nas z flanki, gdzie było łatwiejsze wyjście na górę.
               Część tam nas poszła dla umocnienia szeregów, reszta a także i ja zostałem.
               Nie uszło więcej jak godzinę, kiedy nowe oddziały rosyjskie zarysowały się w cieniach nocy. Po pierwszej naszej salwie, legli na ziemi i pełzając na brzuchu podeszli do samych zasiek z drzewa. Pokotem legli wśród gałęzi i konarów drzew. Wprost niepodobna było im przejść przez poplątane gałęzie; żołnierz utykał i przewracał się. Śmierć kosiła na wszystkie strony. Dodać należy, iż Moskale byli zmarznięci strasznie. Wszak całą burzę musieli wytrzymać bez osłony i w nędznym ubraniu.
               Zaledwo odparliśmy ten drugi atak, a już nastąpił trzeci. Rosyanie szli rzadko, czołgając się na brzuchach a wreszcie zatrzymali się w pewnej odległości i zaczęli nas intensywnie ostrzeliwać. Po pewnym czasie stwierdziliśmy wysunięcie się nowych sił rosyjskich. Ale i teraz nie posuwali się zbytnio naprzód.
               Tymczasem na flance prawej rozgorzała zażarta walka. Jak opętani szli Moskale w morderczy ogień, to znów się cofali i znów szli do ataku. Tak przeszła cała ta noc.
               Rano cofnęli się trochę niżej i okopali. Pomimo ognia artyleryi, wytrwali cały dzień a wieczór ponowili znowu swoje ataki.  Widać jakie wielkie znaczenie miało posiadanie owego wzgórza.
              Tej nocy odparliśmy osiem szturmów rosyjskich. Drugą noc z rzędu nie zmrużyliśmy oka. Zdawało się, że i trzecie przejdzie tak samo. Tymczasem, zrobił się ostry mróz a jasna noc księżycowa, odwiodła Rosyan od zamiaru niepokojenia nas. Ale o spaniu nie było naturalnie mowy. Trzeba było czuwać z bronią w ręku.
              Takich dni i nocy przeżyliśmy wiele. Kiedy po takim ataku, przeszukaliśmy teren poniżej naszych fortyfikacji, zawsze jeden i ten sam obraz ukazywał się naszym oczom. Miejscami leżeli rzędem ciężko ranni i polegli, jak ich śmierć zastała w szeregu, gdzieindziej zgnieceni przez głazy górskie i  potworne kloce, leżeli trupy w nieprawdopodobnych pozycyach, ówdzie strzępy ludzkie rozerwane przez wybuch min i od ręcznych granatów.
             Czasem w jakimś gąszczu, pokłuci bagnetami leżeli nasi i moskiewscy żołnierze gromadnie. Najwięcej było zabitych w pobliżu naszych stanowisk na zasiekach z drzew i drutu kolczastego. Tu niejeden dostał kilkanaście postrzałów a każdy wypalony z bliska był niebezpieczny. A ilu Rosyan  zginęło w ustronnych krzakach bez śladu? Kiedy puściły śniegi, odnaleźliśmy mnóstwo trupów rosyjskich. Zwykle teraz przeszukujemy po każdem starciu teren walki z psami, przy których pomocy, można dopiero najlepiej wyszukać zaginionych.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza