niedziela, 11 marca 2018

T. Wojnar, Z Bobowej w świat - artykuł prasowy z roku 1973.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Z Bobowej w świat

               Położona malowniczo nad rzeką Białą Bobowa jest jedną z najstarszych osad na tym terenie. Często zmieniający się właściciele (Bobowa była przez długie  wieki prywatnym miasteczkiem) podziały, spory majątkowe, zastawy itp.  Nie wpływały korzystnie na rozwój tej miejscowości.
               Podstawą utrzymania bobowian przez długie stulecia było rolnictwo. Karłowate gospodarstwa i nie najlepsza gleba nie mogły jednak wyżywić wszystkich mieszkańców osady. To przyczyniło się niewątpliwie do rozwinięcia się w drugiej połowie XIX wieku bardzo pracochłonnej ręcznej produkcji koronek klockowych. Z czasem wyrobem ich zaczęły się trudnić Rawie wszystkie bobowianki. Zbyt na koronki znajdowano w okolicznych miasteczkach, niekiedy wędrowano z nimi aż do Nowego Sącza. Pod sam koniec XIX wieku, w 1899 roku, miasteczko zdobyło się na zorganizowanie Krajowej Szkoły Koronkarskiej. Mogły więc w szkole koronkarskiej młode bobowianki doskonalić przekazywane już w tym czasie z matki na córkę metody wyrobu koronek.
                Przed I wojną światową ludowy przemysł artystyczny w Bobowej był pełen rozkwitu, a wyroby koronkarskie cieszyły się olbrzymim popytem nie tylko na rynkach krajowych, ale i zagranicznych dzięki swej doskonałej jakości i dużemu artyzmowi. W r. 1905 bobowskie koronki zdobyły złoty medal na Międzynarodowej Wystawie w San Francisco…


               Tuż po ostatniej wojnie w miasteczku zjawili się przedstawiciele nowo powstałej centrali przemysłu ludowego i artystycznego, którzy zajęli się skupem koronek. Szersza niż do tej pory możliwość sprzedaży wyrobów bobowskich rękodzielników przyczyniła się do założenia w 1950 roku Spółdzielni Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Koronka”, która skupiła wszystkie koronkarki z powiatów: gorlickiego, tarnowskiego i nowosądeckiego.
               Z czasem okazało się jednak, że z samej tylko produkcji koronek spółdzielnia by się nie utrzymała. Wprowadzono więc dziewiarstwo ręczne (wykonywano na drutach swetry), a następnie po specjalnym kursie – tkanie kilimów i narzut dekoracyjnych.
               Spółdzielnia szybko „stanęła na nogi”. Wnet wybudowano własny budynek. Potem drugi, a przed dwoma laty trzeci, który połączy dwa poprzednie. W ten sposób powstał spory zakład produkcyjny, zatrudniający dziś 160 osób oraz 460 chałupników. W lipcu br. Odebrano nową inwestycję – farbiarnię z oczyszczalnią, a pod koniec tego roku ma nastąpić przekazanie do użytku dużej tkalni kilimów. Zmienia się więc powoli profil produkcji. I chyba niedługo koronka pozostanie tylko w nazwie spółdzielni, ustępując miejsca kilimom. Zresztą bobowskie kilimy cieszą się olbrzymim powodzeniem. W tym roku zagraniczni odbiorcy otrzymają ok. 8 tys. metrów kwadr. tych tkanin. Różnobarwne dzieła rąk bobowianek powędrują do Danii, Szwecji, Szwajcarii, NRF, USA, Kanady, Francji, Austrii i Norwegii.
              Spółdzielnia nie jest jednak w stanie zrealizować wszystkich zamówień. Stara więc zasada: kto pierwszy ten lepszy spowodowała, że np. Dania (najpoważniejszy odbiorca bobowskich kilimów) już w r. 1972 dokonała zamówień na rok 1974.
               Tkanie kilimów jest niezwykle pracochłonne i żmudne. Ponadto jest to przecież praca artystyczna. A artyści wiadomo… nie rodzą się na kamieniu.

Tadeusz Wojnar

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza