czwartek, 27 sierpnia 2020

R. Reinfuss, Pasterstwo na Łemkowszczyźnie dawniej a dziś - artykuł prasowy z roku 1931. Część I.

 Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.








Pasterstwo na Łemkowszczyźnie dawniej a dziś.

Obraz Łemkowszczyzny. – Ludność. – Wędrówki po owce. – Wymiana z Węgrami. – Upadek pasterstwa. – Zwrot w kierunku rolnictwa.

 

Kraków, 2 sierpnia.

Pod nazwą Łemkowszczyzny, rozumiemy północne stoki Beskidu Zachodniego i Środkowego, zamieszkiwane przez górali ruskich, zwanych Łemkami. Osiedla ich sięgają na zachodzie po przełom Popradu, a na północy po linkę, przechodzącą przez Grybów, Gorlice i Jasło.

Łemkowie przybyli tu w XIV i XV w. wraz z falą pasterzy wołoskich, którzy cofając się przed napierającą potęgą turecką, opuścili swe dotychczasowe siedziby i szukali schronienia w słabo zaludnionych Karpatach.

W tym okresie wspólnych wędrówek wchłonęli Rusini mnóstwo elementu wołoskiego, przyjmując przy tej sposobności całą wołoską kulturę pasterską, budownictwo, strój, zwyczaje itd.

Koloniści wołosko–ruscy zajmowali wąskie dolinki górskie, budowali tam swoje osiedla, a na stokach nieurodzajnych, kamienistych wzgórz, wypasali liczne stada owiec i wołów. W zamian za prawo wypasu płacili właścicielom poszczególnych terenów, owcami, wełną lub serem. Jednakże niegościnne góry nie pozwalały na prowadzenie normalnej hodowli. Liczne potoki, przepływające przez olchowe gaiki, sprzyjały rozwojowi motylicy, która uniemożliwiła zimowanie owiec i trzymanie ich przez czas dłuższy, jak jedno lato.

Na tle tych miejscowych stosunków pasterstwo na Łemkowszczyźnie przybrało oryginalną i rzadko spotykaną formę, polegającą na tem, że w jesieni sprzedawali gazdowie wszystkie owce na rzeź, a na wiosnę kupowali znowu w okolicach, gdzie plaga motylicy nie była znaną.

Na zakupno owiec udawali się gazdowie aż do odległych wiosek Bieszczadów i Pokucia, gdzie na suchych i zdrowych połoninach wypasali Huculi owce odpowiednie do chowu.

Na kilkanaście dni przed Wielkanoc, wybierali się w drogę wraz z najętymi juhasami i przez długi szereg dni wędrowali pieszo ścieżkami górskiemi aż hen ku Nadwórnej, gdzie tymczasem miejscowi właściciele ściągali do wsi swe stada, a wójtowie na wspólnej naradzie ustanawiali cenę za owce wraz z jagnięciem. Cena ta obowiązywała wszystkich, a sprzedającemu w żadnym wypadku nie wolno jej było zmienić.

Po zakupnie owiec wracali gazdowie tą samą drogą do domu, nie spuszczając się nigdy do wiosek podgórskich, trzymając się stale działów i ścieżek wzdłuż gór.



Przed ostatecznem wysłaniem owiec na paszę, łączyli poszczególni właściciele swe stada (liczące przeważnie 40–60 sztuk), a następnie dzielili na większe partje, które pod opieką juhasów wyruszały w góry do poprzednio przygotowanych koszarów. Zajęcie juhasa nie należało wcale do bezpiecznych, w górach włóczyli się zbójcy,  którzy podkradali się nocą pod koszary i brali bez pardonu tłustego barana, piekli go na ogniu w kolibie i następnie zjadali, dzieląc się wspaniałomyślnie z juhasami. Czasem jednakże wizyta opryszków kończyła się smutniej porwali np. stado wołów i popędzili przez góry na targ do Węgier, czasem nawet zabili odważnego juhasa, który usiłował przeszkadzać im w kradzieży. Jeszcze w stosunkowo niezbyt odległych czasach było pasterstwo jedynem źródłem utrzymania Łemków, wypas owiec przynosił im rocznie dwie strzyże wełny (wiosenną i jesienną), ser i dobrze znawożone koszarzyska, na których z niewzruszonym optymizmem wysiewali chłopi żyto lub owies.

 

 

 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza