sobota, 29 lutego 2020

Dzielec

Przydrożna kapliczka w Dzielcu.
Sierpień 2019 r.
Fot. Anna Kusiak

Drewniana kapliczka szafkowa zawieszona na przydrożnej lipie. Ufundowana w roku 1960 przez Michała Królikowskiego jako podziękowanie za szczęśliwy powrót do domu rodzinnego ze Stanów Zjednoczonych.

Za: debowiec.pl







sobota, 22 lutego 2020

Warunki korzystnej eksploatacji nafty w Galicji - artykuł prasowy z roku 1877. Część I.



Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.











Warunki korzystnej eksploatacji nafty w Galicji. Część I.

I.

Powróciłem obecnie z wycieczki w okolice Gorlice i sądzę, że może nie będzie to bez interesu dla czytelników Gazety, gdy w krótkości  zdam sprawę z tego, co tam widziałem i słyszałem. Jest to bowiem kraina, zasługująca na to pod każdym względem, ażeby szersze koła  oświeconego obywatelstwa baczniejszą zwróciły na nią uwagę, gdyż cały pas tamtejszego podgórza Karpat ku Jasłu, na przestrzeni około sześciu mil kwadratowych wedle dotychczasowego doświadczenia praktycznego okazał się nadzwyczajnie obfitym w naftę, i ktokolwiek wziął się tam z jaką taką przezornością do wydobywania tego produktu, to najprostszemi  środkami doszedł do bardzo pięknych rezultatów, tak, iż obecnie można utrzymywać z prawdopodobieństwem graniczącem z pewnością, że kapitały włożone w przedsiębiorstwo naftowe w okolicy Gorlic mogą tak obfite plony przynieść, o jakich na żadnem Innem polu produkcji marzyć niepodobna.
Oglądnąłem wszystkie niemal znakomitsze kopalnie nafty w Gorlickiem w towarzystwie ich właścicieli lub dyrektorów, którzy byli tak uprzejmi, że z całą dokładnością objaśniać mnie raczyli o doświadczeniach, jakie w zawodzie swoim poczynić mieli sposobność. Zdanie ich o warunkach rentowności przedsiębiorstw naftowych w naszym kraju zasługuje w pełnej mierze na zaufanie, gdyż opiera się na niezmiernie ciężkich próbach, które pochłonęły nieraz bardzo znaczne sumy pieniędzy, na pracy długiletniej, która z każdym prawie dniem wzbogaca ich doświadczenie nową nauką. Muszę oraz przytem zauważać, że przedtem, zanim udałem się do Gorlic, zwiedziłem istniejącą od r. 1854 kopalnię nafty w Bóbrce koło Krosna, majętności p. Karola Klobassy. Ta kopalnia jest ideałem wszystkich galicyjskich kopalni, gdyż wedle zdania tak naukowych znakomitości, jakoteż i rządowych władz górniczych, jest urządzoną pod każdym względem wzorowo – i co za tem idzie, najpiękniejsze wydaje rezultaty pieniężne. W sprawozdaniu mojem niniejszem streszczę przeto opinie nietylko najznakomitszych eksploratorów ropy w Gorlickiem, z którymi o tem mówiłem, jak mianowicie pp. Wojciecha Biechońskiego, Karola Rogawskiego, dr. Fedorowicza, Adama Skrzyńskiego, Fibicha z Lipinek, Jankowskiego w Męcinie wielkiej, dalej pp. Koziorowskiego, Niewiadomskiego i Brzozowskiego, ale nie pominę tu i cennych uwag czcigodnego założyciela i głównego kierownika dotychczasowego kopalni w Bóbrce, p. Ignacego Łukasiewicza z Chorkówki, jak niemniej bezpośredniego kierownika tejże kopalni, p.Adofa Jabłońskiego, którego bogate doświadczenie opiera się nietylko na znajomoścu stosunków kopalni galicyjskich, lecz także na znawstwie stosunków wielkich kopalni amerykańskich.
Otóż wedle jednomyślnej opinii wszystkich wyżwymienionych znakomitości w zaw2odzie naftowym mylą się ci wszyscy, którym się zdaje, że poszukiwania za ropą są przedsiębiorstwem ryzykownem. Twierdzą oni  – każdy z osoba i wszyscy w ogólności, że żadna spekulacja, ani przemysłowa ani handlowa nie może u nas lepiej wypłacać się, jak kopanie nafty – naturalnie jednak, że tylko w takim razie, jeżeli rozumnie pokierowanem zostanie.





Grybów - 1927

13.08.1927


czwartek, 13 lutego 2020

Gorlice - 1913


29.03.1913


mgr R. Reinfuss, Łowiectwo ludowe na Łemkowszczyźnie - artykuł prasowy z roku 1936. Część I.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Mgr Roman Reinfuss (Gorlice).
Łowiectwo ludowe na Łemkowszczyźnie. Część I.




MYŚLISTWO W DAWNEJ PUSZCZY KARPACKIEJ

W odległych czasach, gdy góry karpackie pokrywała szumiąca mroczna puszcza, zwana przez ówczesnych kronikarzy „nigra silva”, ukrywała się w ostępach leśnych liczna zwierzyna, wśród której nie brakło i władców polskiej kniei: żubrów, turów i niedziedzi.
W ślad za zwierzyną zapędzali się w te strony myśliwi, a na kartach kronik niejedną można znaleźć wzmiankę, świadczącą o tem, że nawet królowie nie gardzili okazją, by w puszczy karpackiej zakosztować łowieckich rozkoszy.
Prócz królów polowała w puszczach podgórska szlachta, lud zaś skromny tylko brał udział w myślistwie, gdyż panowie zwykle dla siebie zastrzegali wyłączne prawo polowania na grubszą zwierzynę, udzielając go co najwyżej sołtysom wsi, lokowanych na prawie wołoskiem.  
Do wyjątków należeli panowie tak liberalni jak Gładysze, dziedzice Szymbarku, którzy swym poddanym z Uścia Wołoskiego[1], nadali „wolność polowania wszelkiej zwierzyny i użytkowania jej”. W zamian za co kmiecie winni odsyłać panu „czwartego leśnego dzika i czwartą część powinni dać zwierzyny. Toż samo i o niedźwiedziu rozumie się[2].
Polowanie na zwierzęta drobne, jak lisy, zające, tchórze, kuny, łasice i ptactwo leśne było nie tylko dozwolone, ale stanowiło nawet do pewnego stopnia obowiązek włościan, którzy składali w zwierzynie pierwsze daniny na rzecz dworu, jak np. „jarząbkowce” (dwa jarząbki rocznie) lub „zającowe”.

PRYMITYWNE SPOSOBY ŁOWIECKIE.

Dzięki temu, praojcowie dzisiejszych Łemków, mając zakazane łowy na grubszą zwierzynę, specjalizowali się w zastawianiu przeróżnych sideł, paści  i innych przyborów łowieckich, służących do chwytania drobniejszych zwierząt  i ptaków.
Sczasem wytrzebiono lasy, na miejscach, gdzie przedtem szumiała puszcza, powstały obszerne pastwiska i tylko nazwy niektórych wiosek jak Żubracze, Zubrzyk, Turzańsk, Łosie, świadczą, że były tu dawniej lasy, obfitujące w grubą zwierzynę.
Drobne natomiast zwierzęta, owe pogardzane dawniej dziki, wilki, lisy, łasice, kuny, pozostały do dziś w lasach Łemkowszczyzny, a ludność miejscowa, czy to dl ochrony przed szkodnikami, czy też w celu zdobycia cennych futer lub mięsa, używa w dalszym ciągu swych  prymitywnych metod myśliwskich,  jakie tradycja przekazała im po przodkach.  
Dziś zwierzostan Beskidu Środkowego jest już znacznie przetrzebiony. O niedźwiedziu opowiadają tylko najstarsi gazdowie, którzy za młodu spotykali się z nim, pasąc woły po lasach, wilki natomiast i dziki trafiają się jeszcze dosyć często.

DOŁY NA WILKI I DZIKI.

W celu ochrony przed temi dwoma szkodnikami posługiwali się Łemkowie do niedawna jednym z najprymitywniejszych sposób łowieckich, mianowicie kopaniem dołów.
Dół, służący do chwytania wilków wolcza jama. Rys. 1 b), głęboki był zazwyczaj na 4 m., średnica zaś górna wynosiła około 3 m., dno dołu musiało być nieco szersze, szło bowiem o to, by ściany jamy były lekko nachylone do środka, co zwierzynie uniemożliwiało ucieczkę.
Wewnątrz jamy na drewnianym paliku przywiązana była przynęta,  t.j. potężny kawał mięsa. Otwór jamy nie był niczem zasłonięty, gdyż wilk, czując zapach mięsa, sam skakał do środka. Wówczas ukryty w pobliżu strażnik dawał znać do wsi, lub pasterzom z pobliskiego szałasu i zanim osaczone zwierzę spróbowało się wydostać, zostało zabite kamieniami, siekierami lub widłami.
Podobnie polowano na dziki (Rys. 1a), które dziś jeszcze, szczególnie w pow. Sanockim i zachodniej połaci leskiego stanowią istną plagę, gdyż niszczą w pobliżu lasu rosnące ziemniaki i owsy.



Na skraju lasu w pobliżu ziemniaczyska lub grochu ( czasem sadzone umyślnie dla przynęty) kopano doły podobne  do poprzednio opisanych, z tą tylko różnicą, że nie było w nich palika z przynętą, a z wierzchu pokryte były lekką ścianką, ułożoną z cienkich prętów i gałęzi. Zwierzę, biegnące z lasu, stawało na cienkiej ściance i zapadło się wraz z nią do jamy, gdzie chłopi dobijali je podobnie jak wilka, czynność ta trwała czasem i kilka godzin, gdyż według spostrzeżeń Łemków „dzik twardszyj je wid wołka”.
Chwytanie zwierzyny w jamy jest już dziś właściwie zarzucone. W wielu jednak wsiach pokazują chłopi ślady dołów, zwłaszcza wzdłuż krawędzi lasów, gdzie zaczynają się pola uprawne lub na pastwiskach.

KOLIBY I STRASZAKI.

Obecnie, gdy plaga dzików daje się szczególnie we znaki, budują Łemkowie w pobliżu pól maleńskie szałasy t.zw. „koliby”  (Rys. 2) i strażują w nich po nocach, odpędzając zwierzynę blaskiem ognia, krzykami i śpiewaniem. Leniwsi, którym nie uśmiecha się odbywanie nocnych straży, ustawiają na polach wiatraki– kołatki (Rys. 3), mające swym ustawicznym warkotem lub dzwonieniem płoszyć wszelkie szkodniki.









[1]Dziś Uście Ruskie w pow. gorlickim.
[2] Wyjątek z dokumentu lokacyjnego tej wsi.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Jasło - 1912


22.09.1912


Gorlice


Gorlice. Widok ze wzgórza 357 w kierunku Gorlickiej Golgoty.
Luty 2020 r.
Fot. Sławomir Mrozek





Po powodzi w Gorlicach - artykuł prasowy z roku 1934.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Po powodzi w Gorlicach.

Z Gorlic piszą nam p. R.R.: Pierwsze objawy zbliżającej się powodzi, dały się zauważyć w poniedziałek rano 16 b.m., około południa wody Ropy zalały już część Zawodzia i targowicę miejską, a  w północy gdy powódź osiągnęła maksimum nasilenia została również zalana ul. Podkościelna wraz z przyległemi ogrodami oraz park miejski.
Stan wody podniósł się do 3-4m pond poziom normalny, tak że już około południa policja miejska przy udziale miejscowej ochotniczej straży pożarnej ewakuowały bardziej zagrożone osiedla.
Na te, miejscu podkreślić należy ofiarną pracę drużyn ratowniczych, którym przykład poświęcenia dawali burm. m. Kwaskowski i dr Hollender.
Nurt rzeki, unoszący mnóstwo pni drzewnych, belek resztek mostów itp. Stawał się coraz groźniejszy i około 11 godz. Runął podmulony most betonowy, wiodący do parku miejskiego a w parę minut później masy niesionego drzewa rozbiły most drewniany koło targowicy miejskiej.
Mimo olbrzymiego przyboru wody jakiego nie pamiętają już od pół wieku, obeszło się bez wypadku w ludziach, gdyż wszystkich bardziej zagrożono delożowano.



Znacznie groźniej przedstawiała się powódź w pobliskim Bieczu, gdzie ludność niżej położonych części miasta musiała ratować się ucieczką na drzewa i dachy swych domów.
Akcję ratowniczą utrudniał brak łodzi i pontonów, oddziały ratownicze rozporządzały bowiem tylko dwoma małemi pontonikami, wypożyczonemi z fabryki w Gliniku Marjampolskim, z któremi zresztą nieprzyzwyczajeni strażacy nie bardzo umieli dać sobie radę.
Szkody jakie powódź wyrządziła w miecie i w powiecie są bardzo znaczne, prócz dwu wyżej wymienionych mostów zerwała Ropa dwa inne w Bystrej i wsi Ropie, tak, że komunikacja automobilowa z uzdrojowiskiem Wysową jest obecnie przerwana. Poza tem uszkodzone zostały niektóre gościńce (tory kolejowe Biecz Jasło) i znaczne szkody poniosło rolnictwo.
Nazajutrz po zalewie okazało się, że Gorlice są odcięte od świata, a na tle niepewności zaczęły się szerzyć paniczne wieści o rozmiarach powodzi w Rzeszowskiem i Sandeckiem. Próby połączeń telefonicznych i telegraficznych kończyły się fiaskiem, co jeszcze bardziej podnosiło stan ogólnego zdenerwowania. Pierwsze dzienniki przyszły okrężną z Krakowa w piątek: położyły one wprawdzie kres domysłom, ale odsłoniły tak straszną rzeczywistość, na tle której powódź w Gorlicach okazała się niewielką.   

wtorek, 4 lutego 2020

Powitanie nowego proboszcza w Bieczu - korespondencja prasowa z roku 1910.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.






Biecz, 4 sierpnia. (Powitanie nowego proboszcza).


Parafia biecka od paru miesięcy osierocona po przeniesieniu ks. Pastora na probostwo w Leżajsku, otrzymała nowego proboszcza w osobie ks. dziekana Leona Soleckiego z Krzywczy nad Sanem. To osierocenie parafii, trwające w rzeczywistości parę miesięcy, faktycznie istniało już dłuższy szereg lat, jak to podniósł w swem przemówieniu przewodniczący komitetu parafialnego, gdyż proboszcz poprzedni, ks. Pastor, zajęty sprawami „państwa i kraju” jako poseł, nie miał czasu na zajmowanie się swoją parafią. Nic też dziwnego, że parafianie z radością przyjęli wiadomość o zamianowaniu proboszczem ks. dziekana Leona Soleckiego[1], który przez 18 lat spełniała żmudny urząd w Krzywczy nad Sanem.
Przybywającego do Biecza proboszcza powitano tłumnie i uroczyście na dworcu. Przemówił burmistrz dr Katyński, odpowiedział w kilku słowach ks. proboszcz.
Przed kościołem oczekiwał na przybyłego ksiądz administrator Rychel i w imieniu parafian wyraził radość, że dostają proboszcza, który zajmie się ich sprawami, bo będzie stale tutaj mieszkał i będą go te sprawy obchodziły. Następnie po wręczeniu kluczów od kościoła, wprowadził proboszcza do kościoła, który wypełnił się po brzegi. Nowy proboszcz wygłosił do parafian przemówienie i udzielił zebranym na mocy speyalnego  upoważnienia księdza biskupa Pelczara błogosławieństwa. Z kościoła odprowadzili parafianie swego proboszcza do nędznej, ale odmalowanej plebanii, gdzie na zakończenie uroczystości przemówił imieniem  komitetu parafialnego przew. ad. dr. Macieowski.
Parafianie są zadowoleni, że dostali proboszcza światłego, zacnego i pracowitego, który się nimi zaopiekuje i który z nimi pracować będzie nie tylko nad podniesieniem moralnem, ale także i na polu społecznem; z powodu zaniedbania poprzedników, dużo jest tu do zrobienia.
Parafianie są zadowoleni, że dostali proboszcza światłego, zacnego i pracowitego, który się nimi zaopiekuje i który z nimi pracować będzie nie tylko nad podniesieniem moralnem, ale także i na polu społecznem; z powodu zaniedbania poprzedników, dużo jest tu do zrobienia.



[1] Nastąpiła pomyłka w imieniu. Ks. Solecki miał na imię Andrzej, nie Leon.  https://www.krzywcza.eu/duszpasterze-parafii-krzywcza.html [data dostępu: 4-02-2020]

Pielgrzymka - 1936


1936.

Cerkiew pw. św. Michała Archanioła w Pielgrzymce.